poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Kazuki Sakuraba: "Opowiadajmy świat poprzez słabszych"

- Wywodzę się z regionu Shimane, gdzie znajduje się słynna świątynia shintoistyczna. Ten region jest przesiąknięty wiarą, że bóstwa całej Japonii gromadziły się tam właśnie. Miałam takie głębokie poczucie, że jest to nie tyle realistyczno-magiczne, ile w jakiś bardzo prawdziwy sposób przekazuje rzeczywistość - mówi KAZUKI SAKURABA, autorka powieści "Czerwone dziewczyny".


KAZUKI SAKURABA
(c) Wyliczanka.eu
MARCIN WILK: W dzieciństwie dużo Pani czytała?

KAZUKI SAKURABA: Dużo. Interesowała mnie zwłaszcza literatura europejska. Była taka seria dziewiętnastowiecznej literatury europejskiej - seria przekładów czy nawet adaptacji przeznaczonych dla młodego czytelnika. Czytałam w ten sposób „Les Misérables” Victora Hugo czy „Hrabiego Monte Christo”. Później, już po gimnazjum, Hermana Hessego i Garcię Marqueza. Kontakt z literaturą zachodnią bardzo mnie ukształtował. Obecnie zajmuję się działalnością krytyczno-literacką i pragnęłabym, by przełożono raz jeszcze klasykę europejską na język japoński - współczesny, dostępny dla młodego czytelnika.

Zaraz, zaraz… Hugo, Marquez, Hesse – sami faceci! A gdzie są kobiety? I gdzie są powieści kobiet japońskich?

Twórczość Europejek oczywiście mnie fascynowała od młodości: „Przeminęło z wiatrem”, dzieła Charlotty Brontë, Emily  Brontë. Ostatnio w Japonii ukazała się w przekładzie książka trzeciej z sióstr, która była mniej znana. Pracowałam przy redakcji tego tytułu. Bardzo lubię również Virginię Woolf i jej „Orlando”. Jeśli natomiast chodzi o japońskie pisarki, to niewątpliwie ważną postacią dla mnie jest Shiono Nanami, która inspiruje się historią średniowiecznych Włoch i pisze powieści-sagi.

Czy to nie jest tak, że kobiety lepiej opowiadają?

Trudno powiedzieć. Jako kobieta wybieram chętniej oczywiście narratorki kobiece.
Jest taki element punktu widzenia kobiet, który jest ważny dla literatury: to, że możemy przedstawić historię przegranych, historię nie opowiedzianą przez oficjalne narracje, czyli taką, która jest zapisana w baśniach czy legendach. Ja sama też lubię, kiedy bohaterami są właśnie słabsi: kobieta czy dziecko. Zdarza się też, że zwierzęta są narratorami opowieści. To też często słabsze istoty. Jeśli nie zaczniemy opowiadać od strony, którą postrzegamy jako niższą, to nie dojdziemy do prawdy. Takie mam przekonanie.

Wspomniała Pani o Virginii Woolf. Pisarka mówiła, że trzeba mieć szeroko pojętą przestrzeń, tytułowy własny pokój. Czy Pani było łatwo zdobyć taki pokój? 

Tę własną przestrzeń, własny pokój, dla mnie zdobywa się niewątpliwie poprzez czytanie. Można wtedy wejść w inny świat i wtedy jest to przestrzeń, która jest tylko moją przestrzenią. To też pozwala na kontakt z różnymi systemami wartościami, które różnią się od tego, w czym chcemy być osadzeni i pozwala na tworzenie własnej przestrzeni w sensie systemu wartości. Zastanawiamy się wtedy nad pytaniem, czym jest człowiek. A to ważna sprawa.

Skoro sięgamy do początków wszystkiego - kusi mnie teraz, by spytać o tę zupełnie pierwszą Pani opowieść. Co to było?

Mój literacki debiut to powieść z gatunku science-fiction, a bohaterem było dziecko, które zastanawiało się, czy w sytuacji trudnej, w jakiej się znalazło, miało szansę na rozwój. Kiedy dziś o tym myślę, to ten utwór wydaje mi się bardzo słaby. Natomiast pamiętam opinie pisarzy. Jeden z nich - nieco starszy – dostrzegł coś bardzo cennego: łatwą rzeczą jest pisanie o dzieciach, które są wyśmiewane, natomiast w tym utworze okazało się, że otoczenie stara się zrobić coś dobrego dla dziecka. Chwalił mnie za taką opowieść i widział we mnie potencjał. Później podejmowałam różnorakie próby – już bardziej udane i rzeczywiście dostrzegłam, że ten mój starszy kolega miał rację.

No właśnie. Pytanie, które mi towarzyszyło, gdy czytałem „Czerwone dziewczyny” brzmiało: czy literatura ma moc zmieniania świata? 

Nawiążę może do tego, co powiedział kiedyś chiński pisarz Mo Yan, który kilka lat temu – w 2012 roku - dostał literacką nagrodę Nobla. Stwierdził on mianowicie, że rolą pisarza literatury nie jest bezpośrednia zmiana świata. Pisarz nie jest ani aktywistą, ani politykiem, natomiast to nie znaczy, że tworzy fantazję zupełnie oderwaną od rzeczywistości. To co może zrobić – to opisać świat, kreśląc realistyczne portrety. W ten sposób pisarz zostawia ślad czy fragment historii odbity w literaturze. I o tym też myślałam czytając „Nędzników” Victora Hugo ukazanych w okresie Rewolucji Francuskiej. Tam również pisarz bardzo szczegółowo, z wielką wyobraźnią i precyzją, nakreślił realistyczne postaci.

Krytycy określają Pani książkę mianem realizmu magicznego. To mnie skłania do pytania, czy literatura nie bywa przypadkiem doskonałą ucieczką od świata? 

Pamiętam, że gdy pierwszy raz czytałam Marqueza, uderzyło mnie, że to co powszechnie uznawano za niezwykłe, dla mnie było czymś bardzo naturalnym.
Wywodzę się z regionu Shimane, gdzie znajduje się słynna świątynia shintoistyczna. Ten region jest przesiąknięty wiarą, że bóstwa całej Japonii gromadziły się tam właśnie. Miałam takie głębokie poczucie, że jest to nie tyle realistyczno-magiczne, ile w jakiś bardzo prawdziwy sposób przekazuje rzeczywistość. Pomyślałam też, że by opisać atmosferę regionu, z którego się wywodzę, to ten realizm magiczny będzie najnaturalniejszym i najlepszym środkiem. Istnieje co prawda w tradycji literatury japońskiej silny realizm naturalistyczny, który zakłada, że nie można opisać tego, czego oko nie widziało ani ucho nie słyszało, natomiast moim zdaniem, ten realizm magiczny opisuje to, co my czujemy względem rzeczywistości. Jest komentarzem do rzeczywistości i to jest istotne.
Fantastyka jest wykorzystywana na różnych poziomach i w różnych gatunkach, by przekazać jakąś wizję tego, co istnieje. Na przykład w anime Hayao Miyazaki w dziele „Księżniczka Mononoke” używa świata fantastycznego, żeby przekazać swój sposób myślenia o Japonii i o jej historii. Z drugiej strony jest też możliwość użycia magicznego świata i fantastyki w celach ucieczki, tworzenia alternatywnych światów. Tu podałabym przykład takiej młodzieńczej literatury, kiedy chłopcy, którzy nie mają powodzenia, uciekają w opowieści, gdzie mogą siebie utożsamiać z bohaterami, którzy odnoszą sukcesy. Wydaje mi się, że tego rodzaju użycie świata fantastycznego przeznaczone jest tylko i wyłącznie dla rozrywki, w każdym razie nie do końca ja się z tym utożsamiam. Dla mnie ważne jest, by za pomocą realizmu magicznego opowiedzieć o własnym świecie

Pani ma ochotę się czasem przenieść do swoich opowieści? Tęskni za jakimś czasem?

Tak naprawdę „Czerwone dziewczyny” to książka, która troszeczkę idzie pod prąd takiej tendencji nostalgicznej – myśleniu z sympatią o okresie w historii Japonii, gdy Japończycy byli pracowici. Jest też we mnie sprzeciw wobec przeszłości jako miejsca, z którego można uciekać i do którego można wracać. Bardziej skłonna byłam zauważać, że ta wizja jest idealizowana, nieprawdziwa i że tak naprawdę mnóstwo problemów występowało w tamtych czasach.
Powieść „Czerwone dziewczyny” obejmuje okres od czasów powojennych aż po teraźniejszość, a właściwie wysunięta jest kilka lat ku przyszłości w stosunku do roku jej wydania. Taki układ tej powieści ma skłaniać do refleksji na temat tego, w jakim stopniu ta przeszłość pokazuje nam, kim jesteśmy teraz. „Czerwone dziewczyny” to jednak też powieść różnogatunkowa – zawiera elementy magii, ale też wybiega w przyszłość, więc można mówić o science fiction.

Czy jest coś, co Pani sobie uświadamia o japońskim języku i kulturze, gdy wyjeżdża z „Dziewczynami” poza Japonię? 

Odniosę się do przyjazdu tutaj, do Polski.
Przed przyjazdem próbowałam sprawdzić, dowiedzieć się czegoś o waszym kraju, żeby móc chociaż odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w Polsce jest tak, jak jest. Zauważyłam, że temu pytaniu towarzyszy pytanie – dlaczego Japonia jest jaka jest? Dlaczego w Japonii jest inaczej? Pierwsza rzecz, która mnie uderzyła i wielokrotnie powtarzałam w wywiadach to, że w Polsce był czas, kiedy królowie z innych rodów byli wybierani na władców. Wpłynęło to potem na moje czytanie „Hamleta”. Wcześniej nie rozumiałam jego wahania i tego, że nie chce zabić swojego stryja. Przypominałam sobie wtedy o tych baśniach, które czytałam. Występowali tam książęta, którzy opuszczali jeden kraj, zabijali smoka w innym i zostawali królem tego innego kraju. Zawsze mnie to zdumiewało. Okazało się, że to właśnie jest nie tyle baśniowe, ile rzeczywiście miało miejsce. Poza tym w przypadku dużych, znaczących rodów brak męskiego potomka jest realnym problemem, nagłaśnianym nawet w mediach.
I zwróciłam jeszcze uwagę na place, które są miejscem zebrania ludności i tworzenia społeczności. Zastanawiałam się, dlaczego takich placów nie ma w Japonii. Tak więc podróże, jakie odbywam z powodu książki, chociażby do Polski, są zawsze dla mnie przygodą związaną z odkrywaniem siebie i zadawaniem sobie pytań.

Przekład rozmowy: KATARZYNA SONNENBERG

Oryginalna wersja rozmowy na kanale WyliczankaTV: 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz