czwartek, 14 września 2017

Przemysław Semczuk: "To jest powieść kryminalna"

"W wielu artykułach można przeczytać o romansie Joachima i jego szwagierki, zresztą ostatniej ofiary. Tyle, że dziennikarze ograniczają to do jednego zdania. Ja mogłem ten wątek opisać szerzej, pokazać okoliczności i dramatyzm tego, co się pomiędzy nimi działo" - mówi PRZEMYSŁAW SEMCZUK, autor książki "Kryptonim Frankenstein".

(c) W.A.B. / wyliczanka.eu
MARCIN WILK: Joachim Knychała, seryjny morderca, stracony w 1985 roku na mocy prawa, nie jest tą osobą, którą chcielibyśmy spotkać na swojej drodze. Ty postanowiłeś o nim napisać książkę. 

PRZEMYSŁAW SEMCZUK: Dla kogoś, kto zawodowo zajmuje się zbrodnią, to jedna z tych spraw, które się zna od zawsze. Choć czasem,  rozmawiając z młodymi policjantami, jestem zaskoczony. Nie słyszeli o wielu sprawach, które są powiedzmy, kamieniami milowymi kryminalistyki.

Co wiedziałeś o nim na początku

Wydawało mi się, że znam ten przypadek dość dobrze. Jednak, gdy zacząłem przekopywać dokumentację (protokoły przesłuchań, protokoły rozpraw, notatki milicyjne, różne wersje osobowe) okazało się, że jest mnóstwo ciekawych wątków, o których nie miałem pojęcia.

(c) W.A.B.
Na przykład?

Jeśli odpowiem, to popsuję Czytelnikom zabawę. Dość trudno jest napisać historię, w której Czytelnik od początku wie kto zabił i jaki był finał. Cała zabawa polega na pokazaniu tego, czego nie wie z artykułów w prasie i Internecie. A one są dość powierzchowne, we wszystkich jest właściwie to samo, a co gorsza powielają te same błędy. Jak choćby to, że Achima nazywano na podwórku Szwabem.

Nie było tak?

Nie było. To nieprawda. Mogę to zdradzić, bo w mojej książce to nie miało znaczenia dla fabuły. Nowych spraw jest sporo.

Jakie jeszcze?

W wielu artykułach można przeczytać o romansie Joachima i jego szwagierki, zresztą ostatniej ofiary. Tyle, że dziennikarze ograniczają to do jednego zdania. Ja mogłem ten wątek opisać szerzej, pokazać okoliczności i dramatyzm tego, co się pomiędzy nimi działo. To zwykłe ludzkie zachowania, pogmatwane relacje rodzinne. Odkrywanie tego było niezwykle trudne. Szczególnie dlatego, że nie chciałem nękać rodziny Joachima. Oni już swoje wycierpieli, a rozdrapywanie ran nie jest przyjemne.

(c) W.A.B.
Czytelnicy czasem wyobrażają sobie, że czas spędzony z takim bohaterem to psychiczna męka. Tymczasem musiałeś, jak się domyślam, wykonać zwykłą i mozolną robotę dokumentacyjną. 

Archiwum sądowe, biblioteka, rozmowy z uczestnikami wydarzeń. Miałem to szczęście, że udało mi się odnaleźć Romana Hulę, milicjanta, który złamał Joachima. Rozmawiałem też z Eddim Kozakiem - dziennikarzem, który wiele godzin przesiedział z nim w celi. Spędziłem też sporo czasu na Śląsku. Jeździłem tramwajem, „szóstką”, od Katowic po Bytom. Szukałem miejsca zabójstw, porównywałem ich obecny wygląd z dokumentacją kryminalistyczną. Najwięcej czasu zajęło mi odtworzenie tamtego Śląska. Dzisiaj nie ma już piwiarni, budek telefonicznych, kiosków. Nie ma nawet niektórych linii tramwajowych, nie wspomnę o kopalniach czy hutach. Osadzenie fabuły
w świecie, którego nie ma, jest trudne. Można oczywiście machnąć na to ręką i zamiast pisać książkę przez rok, napisać ją w miesiąc. Ale jest ryzyko, że przeczyta to ktoś, kto powie: „Pierdoły autor wypisuje”. Skro to jest non-fiction to trzeba się trzymać faktów.

Dlaczego właściwie postanowiłeś zbeletryzować jego historię, zamiast napisać reportaż historyczny czy inny gatunek bliższy klasycznemu non-fiction?

W materiale dowodowym znalazłem mnóstwo bardzo cennych informacji.
W klasycznym dokumencie to by były tylko suche fakty. Forma fabularna sprawia, że obraz staje się trójwymiarowy. To oczywiście metafora, ale chyba najbardziej oddaje sens tego, co robiłem. Podam przykład. Palacz czy mleczarka, którzy jako pierwsi byli w budynku, w którym odnaleziono ofiarę zabójstwa, w protokołach zeznań musieli opowiedzieć o sobie: kim są, gdzie pracują, itd. To dla historii Achima nie miało znaczenia, ale taka była procedura przesłuchania świadka.

Dla książki ma to znaczenie?

Tak. Świadek jest osadzony w rzeczywistości, przestaje być nazwiskiem, a zaczyna być postacią. Przy okazji można pokazać ludzi: jak żyli, jak się zachowywali. Dzięki temu można pokazać tamten świat. Poza tym mam wrażenie, że taka forma pokazania historii jest łatwiejsza do przyswojenia. To jest powieść kryminalna. Znam relacje osób, które miały okazję już ją czytać. Wszyscy mówią to samo - to się „połyka”.

W.A.B.,
Warszawa 2017
A czy to, że ta historia rozgrywała się w PRL, miało znaczenie dla jej przebiegu? 

Nie jestem pewien czy miało. Rozumiem intencję pytania. Oczywiście można było szybciej schwytać Achima. Na to opóźnienie złożyło się kilka spraw. Ale porównywanie tamtego śledztwa do dzisiejszych czasów jest nieuprawnione. Sporo się zmieniło w kryminalistyce i sporo w samych organach ścigania. Mogę odwrócić pytanie. Czy gdyby Krzysztof Olewnik został zamordowany w PRL to by to miało znaczenie? Moim zdaniem tak, na korzyść. Patrząc na dzisiejsze śledztwa policji można odnieść wrażenie, że jest jeszcze gorzej niż wtedy. Owszem są spektakularne sukcesy,
jak choćby ujęcie Kajetana P., ale są też spektakularne porażki, jak sprawa Iwony Wieczorek, Ewy Tylman, generała Papały czy wspomnianego wcześniej Olewnika. Musimy też pamiętać, że w przypadku seryjnych zabójców śledztwa są niebywale trudne, bo nie ma motywu. Ofiar nic nie łączy. Ciekawi mnie to, ile dzisiaj mamy takich zbrodni, o których nie wiemy. Dzisiaj obowiązuje zasada - nie ma ciała, nie ma zbrodni. Policja natomiast przyjmuje zgłoszenie dopiero w cztery dni od zaginięcia. To daje przestępcom ogromną przewagę.  

(c) W.A.B.

1 komentarz: