sobota, 30 września 2017

Robert Rient, "Duchy Jeremiego" [fragment]

"(...) Wszyscy zaczęli na siebie jakoś tak nerwowo patrzeć, nikt na mnie, jak w cyrku, coś tu się działo, przecież to się zawsze czuje. Mama usiadła obok dziadka, chciała go nawet złapać za rękę, ale on nie pozwolił (...)" [Robert Rient, "Duchy Jeremiego"]


U dziadka jest gorzej, niż myślałem.

Chodzi o to, że on ma trzy krowy: Triszę, Taszę i Tuszę. I pole. Na nim hoduje przede wszystkim siano, z czym akurat mogłoby się wydawać, że nie ma wielkiego problemu, ale właśnie jest. Do tego jeszcze buraki cukrowe, ziemniaki i inne, mniejsze. Strasznie mnie to wkurwia, bo chociaż mama mówiła dziadkowi, że teraz wszystkie warzywa są w sklepie, on tylko prycha i wykrzykuje, że takiego smaku się nie kupi. A jak przychodzi co do czego, to nie potrafi niczego posolić, tylko je takie wybrakowane i twierdzi, że tak jest prawdziwie, ale tak to już bywa z dziwakami. Wszystko na talerzu musimy sobie z mamą dosalać.
Z sianem z kolei jest tak, że akurat teraz jest na nie pora i trzeba je wielokrotnie przewracać z jednej strony na drugą, a jak spadnie deszcz, to już w ogóle pozamiatane. Od razu się z dziadkiem zgodziliśmy, że mama nie będzie nic w polu robiła. Akurat trafił mi się weekend – sobie myślę – stoję z grabiami i przewracam to durne siano. Moim zdaniem raz dziennie by wystarczyło, ale dziadek twierdzi, że im częściej się przewróci, tym szybciej wyschnie i za trzy dni już będzie można je zbierać. Na szczęście za trzy dni będzie poniedziałek i pójdę do szkoły.
Wszedłem na internet i mu pokazałem, że normalni ludzie mają od tego maszyny, z takimi długimi metalowymi prętami, które wszystko robią za człowieka, a nie grabiami jak w jakimś średniowieczu, na co mi dziadek powiedział, że jak jestem taki mądry, to mogę mu taką maszynę kupić.
I stoimy, ja, on, pani Maria, o której jeszcze opowiem, bo to jest przyjaciółka dziadka, ale nie od wspólnego sypiania, tylko taka dochodząca, no i stoimy od rana, i przewracamy. Mama w tym czasie odpoczywa w domu przy gotowaniu albo praniu czy sprzątaniu. Skóra od siana piecze, do nosa wpada pył i w ogóle nic gorszego w życiu nie mogłem robić. Durne muchy cały czas latają nad głową i siadają na twarzy, do tego to bzyczenie, można oszaleć, serio. Chodzę na pole dwa razy dziennie, nie więcej.Wiedziałem, że z tej przeprowadzki nic dobrego nie wyjdzie. A dziadek się tylko śmieje i grozi, że prawdziwa praca to się zacznie, jak ziemniaki będzie trzeba zbierać, ale mam nadzieję, że wtedy już brat Augusta załatwi mi prawdziwą robotę i zdobędę pieniądze na czynsz, żebyśmy mogli z mamą wyemigrować z tej durnej wsi.
Siano się zbiera dla Triszy, Taszy i Tuszy, o których już wspomniałem, ta ostatnia jest najgrubsza. Rano prowadzi się je na pole i przypina łańcuchem, a jak wyżrą, co ich, to się przepina na nowy kawałek trawy i tak w kółko. Wieczorem im się tego siana trochę sypnie, ale generalnie to jest na zimę. Jestem tutaj trzeci dzień, a już pracuję i po raz pierwszy tęsk­nię do szkoły, tak nie można żyć. Dziadek mówi, że można, ale on się zahartował na wycieczce po Syberii i teraz wszystko mu się wydaje możliwe.

Pokój mam znośny, większy niż kiedykolwiek, cały dla mnie, za ścianą mieszka mama. Dziadek oddał nam dwa pokoje na piętrze, do których wchodzi się po schodach z ogromnej sieni, a sam przeniósł się na parter do kuchni, znaczy sypia obok, w takiej małej komórce z telewizorem, ale jeżeli go gdzieś widzę, to zawsze albo na polu, albo w kuchni. Problem jest taki, że dziadek nie ma komputera, my z mamą mamy jeden, niby jej, ale tak naprawdę mój, tylko że tutaj, żeby wejść na internet, to trzeba jak za starych czasów przez telefon, a to kosztuje, więc nie ma, że tak, jak lubię, gram sobie bez oporu.
– Jak wyzdrowieję, wrócimy do siebie – powiedziała mama.
– Dlatego ja cię proszę, pośpiesz się z tym – wyznałem jej na lekkiej złości, bo mi jeszcze sianokosy nie wyszły z krwi, ale ona się na to bardzo ucieszyła.

Wieczorem przyszła Estera i jak zawsze pachniała ­pieprzem. Przywiozła ciasto. Pierwszy normalny wie­czór, usiedliśmy w kuchni, mama zrobiła kawę zbo­żową, pięciokrotnie przemienioną, taka specjalna chiń­ska receptura. Trzeba różne składniki typu cukier, kawa, cynamon, goździki i śmierdzące brązowe zioła wrzucać w odpowiedniej kolejności do garnka z wodą. Widziałem, jak ukryła coś w dłoni i wpakowała sobie do ust, myśląc, że nikt jej nie widzi. Czekolada jak nic. Dziadek majstrował przy radiu, bo nie bardzo potrafił już zwyczajnie patrzeć ludziom w oczy. Estera rozmawiała szeptem z panią Marią, że nawet nic nie można było usłyszeć.
– Skąd pani zna dziadka? – zapytałem w końcu, bo nikt się mną nie interesował.
– A to nie ma nic do roboty? – odezwał się jak zawsze nietaktownie dziadek i to wcale nie było z jego strony pytanie.
– Zostaw go – włączyła się mama, ale i tak nigdzie bym nie poszedł, bo już poszedłem dzisiaj wiele razy.
– Znałam twoją babcię – wyjaśniła starsza pani.
– Na nic to wiedzieć! – dziadek znowu krzyczał.
Wszyscy zaczęli na siebie jakoś tak nerwowo patrzeć, nikt na mnie, jak w cyrku, coś tu się działo, przecież to się zawsze czuje. Mama usiadła obok dziadka, chciała go nawet złapać za rękę, ale on nie pozwolił.
– Tato, lepiej, żeby wiedział od rodziny.
– Za młody – stwierdził dziadek, ale w sposób cichy.
– Znałam twoją babcię – zaczęła jeszcze raz pani Maria. – Poznałyśmy się w szkole, do której razem chodziłyśmy, we Lwowie, tam też się urodziłyśmy. Byłam świadkiem na ślubie twojego dziadka i babci.
– Elza była ze Lwowa? – zdziwiłem się. – To ona nie była Polką?
– Była, kochanie – uśmiechnęła się mama i dodała, że mnie tam zabierze i że kiedyś to była Polska. Ale nigdy mnie tam nie zabrała, co miało się okazać dopiero później.
Dziadek machnął ręką, położył śrubokręt przy rozkręconym radiu i wyszedł z kuchni.
Zostałem sam z tymi kobietami, jadłem ciasto, a one wszystkie patrzyły na mnie jak na kawałek nieba. A potem pani Maria podciągnęła rękaw koszuli i zapytała, czy wiem, co to jest.
– Tatuaż – powiedziałem, a ona zaczęła opo­wiadać.
Babcia była pełna duchów i dlatego musiała umrzeć, bo już nie miała siły na ich głosy. Śmierć po nią przyszła w samym środku Warszawy, w 1943 roku, ale jej nie zastała, bo małą Elzę zabrała pod opiekę jakaś obca polska rodzina. A wtedy swoją na zawsze straciła i do końca życia tego żałowała. Życia z obcymi żałowała, bo wolała śmierć ze swoimi. Chodzi o to, że ich wszystkich zmasakrowali. Znaczy rodzinę babci zabrali z Warszawy do obozów za drutem i już nigdy stamtąd nie wróciła. Tam, w środku Warszawy, jest teraz całkiem kultowe miejsce, dobre knajpy mają, ale kiedyś było getto, taki obóz zagłady.
Ewa, moja prababcia, szwaczka.
Tomasz, mój pradziadek, nauczyciel matematyki.
Estera, siostra babci, po której dostała imię moja uduchowiona ciotka.
Ariel i Dawid, bracia babci.
Wszystkich wywieźli na śmierć.
Najmłodszej, Elzy, nigdzie nie zabrali, dostała życie, które sama sobie odebrała, kiedy duchy nie dawały jej spokoju.
Tak mówiła pani Maria, cały czas o tych duchach.
Ariel – strasznie śmieszne imię, trochę jak z bajki, albo dla zwierzęcia, ryby właśnie, ale pani Maria powiedziała, że Ariel znaczy lew Boga. No tak, czułem, że zwierzęco.
– A pani była w tym getto?
– Byłam, razem z twoją babcią i jej rodziną.
– No i pani wróciła – stwierdziłem, bo nic nie rozumiałem, tej całej rodziny, która nagle się pojawiła tylko po to, żeby okazało się, że wcale jej nie ma.
– Miałam szczęście, tak chyba można powiedzieć, że miałam szczęście. Jak wyszłam z obozu, to wróciłam do Warszawy i tam po latach odnalazłyśmy się z Elzą.
– Ona też miała taki numer na ręce?
– Nie miała, ale lubiła dotykać mojego.
– Dlaczego ich zabili?
– Bo byli Żydami – powiedziała pani Maria, a mama z Esterą były gotowe zaraz się rozpłakać.
– Wiedziałaś o tym? – dopytałem.
– Wiedziała, wszyscy wiedzieliśmy – odezwała się za nią Estera. – Chcieliśmy ci powiedzieć, jak będziesz trochę większy, żebyś zrozumiał.
– Mama! Wiedziałaś o tym?
Pokiwała głową, że tak, że wiedziała. No jasne. Ale za dużo nie rozumiałem, przede wszystkim dlaczego babcia się zabiła, bo jak można było zazdrościć martwym, gdy samemu się żyło, i w ogóle dlaczego ich tak transportowali na śmierć. Pamiętałem coś z historii, ale jednak nie bardzo się skupiałem na tych lekcjach.
– Tęskniła za rodziną, Jeri – powiedziała w końcu mama.
– Ale przecież miała nową rodzinę, ciebie i Esterę. – O dziadku wolałem nie wspominać.
– Miała nas i bardzo kochała – wyjaśniła Estera.
Nic nie rozumiałem.
– Co złego zrobili, że ich z Warszawy wywieźli?
– Nic złego nie zrobili i musisz to sobie zapamiętać – odpowiedziała pani Maria. – Żydów zabijano dlatego, że byli Żydami.
I taka rozmowa. Jeszcze długo mi o wszystkim opowiadały, ale to niewiele wyjaśniło, aż w końcu miałem już dosyć tej ich całej gadaniny, musiałem sam o wszystkim pomyśleć. Poszedłem na spacer, na pole. A tam dziadek nogi w strumyku moczył, widziałem go z daleka, siedział nieruchomo. Pewnie tęsknił za swoją Syberią, bo znowu nucił „Wołga, Wołga”. Nie chciało mi się z nim rozmawiać, więc wlazłem na drzewo.
Ewa, Tomasz, Estera, Ariel, Dawid i Elza – ich imiona wpadły mi do głowy i cały czas się powtarzały.
Nagle zdałem sobie z czegoś sprawę, zszedłem szybko z drzewa i pobiegłem do domu. Siedziały tam wszystkie, a jak wszedłem, znowu popatrzyły na mnie tym wzrokiem pełnym przytulania.
– Która z was jest Żydem?
– Ty jesteś Żydem – stwierdziła pani Maria.
– Ja nie. – Myślałem, że się wygłupia, ale patrzyła normalnie.
– Tak samo jak Elza, twoja babcia, tak samo jak jej rodzeństwo, tak samo jak ja – powiedziała mama – i moja siostra, czyli twoja ciotka Estera.
– O kurwa Boże!
– Nie mów tak – odezwała się mama.
Ale miałem to w dupie. Otaczali mnie Żydzi. Bo to się przenosi przez krew kobiet, a nie geografię. Wszystko mi wyjaśniły, wciąż jestem Polakiem, ale równocześnie Żydem. Nigdy nie znałem żadnego Żyda, aż nagle się okazało, że od lat mam kilkoro pod nosem.
W końcu wrócił dziadek i stanął w drzwiach z tępym wyrazem twarzy. Rozglądał się po wszystkich, jakby coś zgubił, i zapytał mnie, kim jestem. Myślałem, że to jakiś durny żart, powiedziałem, że nikim, a on patrzył dalej zdziwiony. Mama mu wyjaśniła, że jestem jej synem, jego wnuczkiem, i odprowadziła go do pokoju – po prostu starość, dziwactwa mu się coraz bardziej narzucały. A jak szedłem spać, to Estera zażartowała, żebym nie narzekał, bo mogłem mieć na imię Abraham albo Mojżesz, albo Uriasz. No ale wtedy to już na pewno bym się zabił.

[Powyższy fragment pochodzi z książki "Duchy Jeremiego" Roberta Rienta, Wielka Litera, Warszawa 2017.
Publikacja za zgodą wydawcy.]


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz