piątek, 19 kwietnia 2019

Maciej Marcisz, "Taśmy rodzinne" [fragment]

"Ciągle nie odpisał Łukaszowi. Może odpisze, kiedy będzie mógł pokazać, że nadal istnieją powody dla których Łukasz się w nim zakochał. Że jest twórczy, pracowity. Bał się, że Łukasz przestanie go kochać, gdy odkryje pustkę, która aktualnie wydawała mu się centralną częścią jego osobowości". Przeczytaj fragment powieści Macieja Marcisza "Taśmy rodzinne".



Bogactwo jest jak morska woda: im więcej pijesz, tym większe masz pragnienie – zapisał małymi literkami na dwudziestozłotowym banknocie. Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy – napisał na kolejnym. Ci, którzy sądzą, że pieniądz wszystko może, są zdolni wszystko zrobić, by go mieć – i tak dalej. Uważał, że ten pomysł był naprawdę spoko. Zapisywał antymaterialistyczne hasła na banknotach, które następnie wprowadzał je do obiegu, płacąc nimi w sklepach i klubokawiarniach, chciał, by weszły w rynek. Jak na razie puścił jakieś pięćdziesiąt dziesiątek, trzydzieści dwudziestek, z dziesięć pięćdziesiątek i kilka setek. Cały projekt miał się składać z banknotów w gablocie, filmu pokazującego jak je podpisuje i nimi płaci, plus symulacji podróży jednego z banknotów przez miejsca i dłonie kolejnych konsumentów. Do tego – jeszcze nie wiedział czy to zrobi – myślał o dodaniu stanowiska do własnoręcznego oznaczania pieniędzy, tak żeby projekt mógł się rozwinąć i zamienić w mikroruch społeczny. Podobała mu się bezsilność, jaką naznaczony był ten gest, pieniądze kwestionujące pieniądze.

Ciągle nie odpisał Łukaszowi. Może odpisze, kiedy będzie mógł pokazać, że nadal istnieją powody dla których Łukasz się w nim zakochał. Że jest twórczy, pracowity. Bał się, że Łukasz przestanie go kochać, gdy odkryje pustkę, która aktualnie wydawała mu się centralną częścią jego osobowości. Gdy zobaczy, że nie ma w nim wcale tej miłej rzeczy, do której można się przytulać, bo wpada się w otchłań, i to nie w otchłań  fatalną, intrygującą czy magiczną lecz raczej przypominającą obręcz kosza na śmieci. Musiał się zmusić do pracy. Pokaże Łukaszowi, że coś zrobił, wyśle mu fragment filmu. Trochę się bał, ale wiedział przecież, że lęk przy pracy jest normalny, że nie ma co tego przeżywać. Zainstalował na sobie GoPro, przypiął je do koszuli, zrobił test, zabrał oznakowane pieniądze, wziął listę zakupów.

Miał coraz mniej gotówki. Ostatnio żywił się głównie ryżem, kaszą i gotowymi sosami chińskimi. Nie chciał jeszcze przechodzić do ryżu z wegetą, chociaż powinien. Sprawdził, że z jednej torebki niskiej jakości można zrobić tak naprawdę tylko jedną szklankę herbaty, ale resztę da się przełknąć. Stał się prawdziwym ambasadorem akcji „Piję wodę” z kranu. Niedobory cukru uzupełniał gorzką czekoladą z Biedronki. Ogólnie kupował już tylko w Biedronce. Jak ognia unikał Carrefour Express i miłych osiedlowych sklepików, szczególnie miłych osiedlowych sklepików, w których uprzejme panie pytały „coś jeszcze, kochanieńki?”, a potem wlepiały pięćdziesięciozłotowy mandat za próbę wsparcia polskich małych przedsiębiorców. Wyłonił się z mieszkania. Wsiadł na rower. Wychodząc w godzinach, kiedy normalni ludzie pracują, uzyskiwał dostęp do nieistniejącego dla niektórych świata: w którym dzieci jeżdżą na wycieczki zorganizowane, starcy masowo podróżują tramwajami, a zakład szewski jest otwarty. Ludzie z różnych grup nie tylko nie chodzili do tych samych klubów czy nie czytali tych samych gazet i portali internetowych. Przez coś lub kogoś zostało to zaplanowane tak, by nie mieli szansy w ogóle się spotkać. Dojechał do Biedry. Zakupy robił bardzo wolno, starannie analizując każdy wybór. Popatrzył na pudełka z ryżem. Kuskus był w promocji, dwa opakowania kosztowały razem mniej, ale ponoć kuskus nie miał zbyt wielu wartości odżywczych. Kasza była droższa, ale kosztowała ponad cztery złote. Jakoś dużo. W końcu wybrał kuskus, chiński sos i do tego fasolę. Poszedł dalej. Spojrzał na szampony, balsamy do ciała, żele pod prysznic. Wziął mydło w płynie, w końcu można było się nim umyć tak samo, od trzech miesięcy kupował największe opakowania i używał go także do naczyń. Czuł, że wszystkie te ceny, produkty i promocje upokarzają go. Nie miał jak im oddać. Włożył do koszyka tanie, rozrywające się pod najmniejszym naciskiem worki na śmieci. Popatrzył na te lepsze, niebieskie, o zapachu aromatyzowanych okładek na zeszyty. Już nie wiedział które się bardziej opłacają, od której kategorii produktowej działa zasada, że biedni nie powinni oszczędzać? Zostawił worki. Z proszków był tylko Vizir. Trudno, kupi gdzie indziej. Prał już tylko t-shirty i bieliznę. Odmierzał ilość wsypywanego proszku. Nakładał go łyżką, jakby karmił pralkę kaszką. Byciu biednym trzeba poświęcić naprawdę dużo czasu.

Właśnie trwał tydzień marek własnych. Ich opakowania wyglądały całkiem ładnie, nie to co kiedyś, jednakowe produkty marki Aro z czasów, gdy w Polsce działała jeszcze sieć Real. Ale te nazwy! Nazwy działały mu na nerwy. Brzmiały jak wymyślone na szybko przez dzieci w trakcie zabawy w sklep. Delikatny serek? Delikate. Jogurt z musli? Musline. Deser mleczny Desella. Musztarda Madero. Bakalie podczepiające się pod splendor lodów Carte d'Or – BakaD'or. Sałatka Salato. Keczup Tomatino. Osobną kategorię stanowiły produkty importowane z Mlecznej Doliny, Mroźnej Krainy, Krainy Mięsa albo ze Swojskiej Chaty. Kochał marki. Miały swoje historie, założycielskie opowieści, wygrane bitwy. Marki własne z tego drwiły. Z działów marketingu, gwiazd zaangażowanych w reklamę, sponsoringu, działań na rzecz chorych dzieci, sportowców i środowiska. Według marek własnych, barbarzyńców w świecie konsumpcji, nie miało to znaczenia. Ich kompletna fikcyjność unaoczniała fikcyjność marek oryginalnych. Kłamiąc w tak prostacki sposób przypominały, że duże marki też kłamią, tylko sprytniej. Nie cierpiał ich, a teraz jechał tylko na markach własnych. Byciu biednym trzeba poświęcić naprawdę dużo czasu. W dom miał zawsze Jana Niezbędnego, Pur i Hellman's a teraz stał się kimś, kto przelicza ceny na mililitry i gramy.  To doprowadzało go do rozpaczy. Można było wieść życie zubożałego szlachcica, ale nie dało się być ubogim bogaczem. Stanął do kasy. Wyciągnął z lodówki Magnum na pocieszenie. Strasznie często musiał się pocieszać. Kobieta przed nim wykładała zakupy na taśmę. Łosoś. Pesto. Suszone pomidory. Pasta Elmex, nie smutna i nieprofesjonalna Colgate. Kapary (od kiedy mają kapary w Biedrze?), ser taki, ser inny, no i awokado. Kobieta patrzyła w komórkę, ostentacyjnie nie celebrując zakupów. To była dla niej normalka. Ciekawe ile zarabia. Spojrzał jeszcze raz na swój mizerny koszyk.
–  O, Marcin, skąd tu się wziąłeś?
Jędrek. Jędrek i jedno z jego głupich pytań. Przyłapał go właśnie na nędznych zakupach. Trudno.
–  Jestem umówiony za kilka minut z Mają, może dołączysz?
Maja i Jędrek. Pisarka i fotograf. Dwa beztalencia z fajnymi imionami, które udowadniały, że nie trzeba nadziei by działać, ani sukcesów, żeby się uprzeć.
–  Marcin, ja rozumiem, że dieta, ale nie kupuj tych sosów chińskich. To straszny syf, dobrze ci radzę.
–  Poczekaj, muszę tylko coś nagrać.
Kliknął na swoje GoPro i nagrał na przybliżeniu jak wręcza kasjerce oznakowany banknot.
Jędrek i Maja. Maja i Jędrek. Uważał się za osobę, która lubi ludzi, której ludzie nie przeszkadzają. Myślał, że z założenia kibicuje staraniom gatunku ludzkiego, tym małym człowieczym mróweczkom. Otworzył swoje Magnum i zaczął jeść. Dawało mu to dobre alibi, żeby się nie odzywać w trakcie drogi do kawiarni. Wisi Mai kasę. Będzie jej musiał coś powiedzieć. Boże, po co w ogóle się zgodził. Doszli do kawiarni.
–  O Marcin, dawno cię nie widziałam, coś ucichło ostatnio u ciebie.
–  Pracuję nad projektem. Ale nie chcę nic zdradzać.
–  Słuchaj, a u mnie szaleństwo, pracuję nad dwiema powieściami jednocześnie, jedna współczesna, druga historyczna. Chyba nabawię się od tego schizofrenii.
Maja. Krwistoczerwonowłosa, chorobliwie chuda, ze smakiem poprawiona to tu, to tam, Maja. Trzydziestoparoletnia pretensjonalna pisarka. Robiła wszystko żeby się  u k u l t u r a l n i ć. Jadła takie ciastka jak Marcel Proust. Zamówiła Moleskine'a z Szymborską w przedsprzedaży. Pochłaniała tony książek, zawstydzając znajomych z Goodreads.
–  Czytaliście może nowego Wallace'a? Doskonała proza.
Jezu. Maja i jej doskonała proza.
–  Przepraszam, ale nie może pan jeść tutaj tego loda – powiedział ściszonym głosem pan z obsługi.
No nie, kupił sobie tego loda na pocieszenie, a teraz nie będzie mógł go skończyć, pięć złotych pójdzie się jebać. Okej.
–  Idę do kibla – oznajmił.
Zamknął się w toalecie i dokończył Magnum. Maja i jej doskonała proza, boże. Jeśli jakiś krytyk literacki polecał książkę, ta laska pędem biegła do księgarni i na zawał próbowała ją wchłonąć i wyrazić w mediach społecznościowych swoje zawsze to samo zdanie. Przeczytałam jednym tchem, komentowała wrzucone zdjęcie. Książka, kawa, ciastko. Książka, kawa, notes. Winko, kwiatki. Świeczuszka, książka, parapet. Bardzo wciągająca proza, ogromnie mi się podoba. Zjechałam połowę Mokotowa zjechałam połowę Mokotowa żeby kupić nowy „Przekrój”, nigdzie nie było, ale w końcu się udało – pisała – mam! Wyobrażał sobie jak w swoich wycmokanych notesach pilnie wynotowuje najlepsze fragmenty książek, licząc, że wysiłek wzorowej studentki zostanie wynagrodzony piątką z literatury własnej, że nieustanna obecność wśród wysokiej kultury spowoduje, że ona sama, na zasadzie osmozy, stanie się wybitna. Recenzje były na przemian krytyczne lub uprzejme. Albo ta kobieta nic sobie z tego nie robi, albo jest bardzo, naprawdę bardzo odporna, myślał. Tak właściwie, jej upór zasługiwał na podziw. Oblizał patyczek z Magnum, spuścił wodę, wrócił do nich.
–  Marcin, a ty nic nie bierzesz? – spytała Maja.
–  Nie, dzięki, dopiero co jadłem.
–  Chociaż kawę.
–  Wiesz...
–  Oj daj spokój, ja stawiam.
Jędrek się uśmiechnął. Jemu pewnie też postawi. Ten to potrafił wyciągać kasę. Koleś był totalnym załatwiaczem. Robił boleśnie banalne zdjęcia, a i tak Marcin nie znał nikogo z taką ilością stypendiów i grantów. Wiercił ludziom dziurę w brzuchu, jednocześnie pozostając obrzydliwie uprzejmym, wiercił i wiercił aż dopinał swego. Robił foty typu widok z nieba z okna samolotu albo wieżowce uchwycone z dołu, a miał tyle wystaw w ciągu pół roku co Marcin przez całe życie. I w dodatku sprzedawał te zdjęcia, ponoć całkiem dobrze. Kto kupował takie gówno? Prowadził bardzo popularne konto na Instagramie i nakurwiał hashtagi jak szalony. Nawet w tym momencie lajkował ile wlezie i liczył nowych obserwujących.
–  Za tydzień jadę na rezydencję do Berlina – powiedział.
Czy ten człowiek miał ustawiony Google Alert na słowo „stypendium” we wszystkich językach europejskich? Był idealnym przykładem na to, że tak naprawdę artysta tylko w pięciu, no może dziesięciu procentach powinien być artystą, a w całej reszcie – swoim menadżerem. Marcin tak bardzo ich nienawidził i tak bardzo wstydził się tej nienawiści. Mógł się pocieszać, że ich twórczość na pewno nie przejdzie do historii. Ale czyja przechodziła? Bał się, że nie cierpi ich tak bardzo tylko dlatego, że są do niego podobni, że jest taki sam tylko mniej obrotny.
–  Mam raka – powiedziała Maja.
–  Poważnego – dodała – drugi stopień. Chcę jak najwięcej napisać.
Boże, ale zrobiło mu się głupio. Pożycza mi kasę i o tym nie przypomina, stawia mi kawę i ma raka, ale czy to powstrzyma mnie przed nienawiścią? A może ona tak naprawdę cieszy się, że go ma, że będzie miała temat, że dostanie nowotworową aureolę i już nikt nie będzie mógł jechać po jej książkach?
–  Jezu, Maja, trzymaj się. Jakbym mógł jakoś pomóc, daj znać.
–  Spokojnie, jestem w dobrych rękach.
–  Będziemy spadać na wystawę oprowadzanie – mówi Jędrek.

Wisiał Mai dwa tysiące, a ona nic nie powiedziała, postawiła mu kawę i ma raka, a on tak bardzo jej nie cierpi. Wrócił do siebie. Wszedł do kamienicy. Otworzył skrzynkę na listy i znowu coś podeszło mu do gardła. Koperta była oznaczona logotypem firmy szybkich pożyczek internetowych. Już zapomniał, że wziął jeszcze jedną pożyczkę, jak mógł o tym zapomnieć, w sumie wiadomo że chciał zapomnieć. Katalog Ikei, reklama pizzy i jeszcze jedna koperta, z kancelarii prawnej. Pobiegł do mieszkania.




[fragment książki Macieja Marcisza, "Taśmy rodzinne". Powieść ukazała się nakładem wydawnictwa W.A.B.]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz