środa, 10 kwietnia 2019

#rozmoWyliczanki: Natalia Osińska

- Mam wrażenie, że żyjemy na granicy dwóch epok, i młodzi nie tyle wiedzą dużo w współczesnym świecie, co równolegle tworzą nowy. Są bardziej świadomi zagrożeń związanych z globalnym ociepleniem, widzą, że stare zasady, na których był budowany świat ich rodziców, przestają się sprawdzać - mówi Natalia Osińska, autorka wydanej właśnie książki "Fluff".

Natalia Osińska
Fot. Z archiwum Natalii Osińskiej
Marcin Wilk: Trochę niezręcznie się czuję, że - wybacz tę uwagę - dwóch jednak starszych ludzi siądzie i będzie rozmawiać o młodych. Bo w sumie do tego prowokujesz swoimi książkami. Ale właśnie ukazuje się trzeci tom Twojego cyklu, "Fluff", więc może już z inną pewnością przystępujesz do takich rozmów?

Natalia Osińska: Po premierze pierwszej książki cyklu, czyli „Fanfika”, wydawało mi się, że powinnam wygłaszać swoje opinie z pozycji eksperta od wszystkiego. Wiele tematów poruszonych w „Fanfiku” pojawiało się w polskiej literaturze młodzieżowej po raz pierwszy, więc często proszono mnie o wyjaśnianie pewnych zjawisk i definicji. Miałam wciąż taką wewnętrzną obawę, że jeśli coś źle wyjaśnię, to to potem będzie się w tej błędnej wersji powielać w kolejnych publikacjach. To poczucie odpowiedzialności bardzo mnie przytłaczało. Dziś mam trochę więcej dystansu do własnych książek i do samej siebie. Nie mam problemu z tym, żeby powiedzieć, że czegoś nie wiem, odesłać do ludzi, którzy się na danym temacie lepiej znają. Czasem mówię wprost, że nie czuję się upoważniona do występowania np. w imieniu społeczności LGBT, ale proszę bardzo, tu są namiary na osoby z organizacji i stowarzyszeń, które na pewno będą miały dużo do powiedzenia.

Domyślam się, że śledziłaś fanfiki w Internecie przed pisaniem książek. Ale jak zetknęłaś się z nimi po raz pierwszy? 

To trochę jakbyś zapytał, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z książkami. Fanfiki zawsze były jakoś tam obecne w moim życiu. Pisałam je jako dziecko i nastolatka, z tym, że nie wiedziałam wtedy, że tak się tak nazywa. Internet dopiero raczkował, pisało się do szuflady. Myślałam, że jestem jedyną osobą na świecie, która dopisuje alternatywne zakończenia do swoich ulubionych książek i seriali. Aż pewnego dnia jedna z moich koleżanek w ogromnej tajemnicy dała mi do przeczytania swoje własne opowiadanie o Nicku z Backstreet Boys. Co to było za olśnienie, uświadomić sobie, że nie jestem sama ze swoją pasją. Dziś istnienie w sieci fanfików jest dla nastolatków czymś naturalnym. Każdy, nawet najbardziej niszowy film czy serial, ma swój fandom.

Co Cię uderzyło podczas poznawania fanfików?

To, ile się tego czyta. Że są nastolatki, które mają problem z przeczytaniem jednej szkolnej lektury na semestr, a jednocześnie łykają co tydzień fanfiki o rozmiarach „Lalki” Prusa. Z jednej strony słyszymy narzekania, że młodzież niczego nie czyta, z drugiej statystyki z AO3 Czy Wattpada, z których wynika, że ta młodzież czyta właściwie cały czas, choć niekoniecznie to, czego się od niej oczekuje. Co od razu wzbudza pytanie: co jest nie tak ze współczesną literaturą, że młodzież woli fanfiki? Zadaję sobie to pytanie podczas pisania każdej z moich książek. Czytanie samych fanfików jest trochę jak jedzenie wyłącznie łakoci – robi się od nich przyjemnie w środku, ale ilość składników odżywczych jest mocno ograniczona. Ja jestem jak taka mamusia dwulatka, który najchętniej jadłby w kółko makaron z sosem pomidorowym. Serwuję ten makaron, ale cichcem wmiksowuję do sosu pietruszkę. Staram się, by moje książki czytało się łatwo jak fanfiki, ale przy okazji przemycam jakiś tam, z przeproszeniem, morał.

Mówisz "morał", więc i ja się trochę po staroświecku zastanawiam: jak rozmawiać z młodymi ludźmi? 

Banalnie to zabrzmi, ale przede wszystkim słuchać. Słuchać całym sobą. Odłożyć smartfona, wyłączyć odkurzacz, zjechać na pobocze, jeśli trzeba. Dawać sygnał: „to, co mówisz, jest dla mnie ważne, ty jesteś dla mnie ważna/ważny”. Nastoletniość to generalnie nie jest wiek, kiedy się ma ochotę na długie pogawędki z rodzicami. Na to był czas kilka lat wcześniej, w drodze do przedszkola. Ale to nie oznacza, że one już nie potrzebują rodzicielskiej obecności. Potrzebują, bardziej niż kiedykolwiek. Cały czas uczą się być dorosłe. Codziennie podejmują ważne decyzje. Popełniają błędy. To jest potwornie trudny i męczący proces. O wiele łatwiej się przez niego przechodzi, kiedy ma się z tyłu głowy tę pewność, że jest do czego wrócić, że w domu czeka osoba, która w razie potrzeby pomoże ogarnąć pożar. Zdaję sobie sprawę, że dla rodzica to jest frustrująca sytuacja, ale nie da się dorosnąć za swoje dziecko. Ono musi to zrobić samo.

Czyli konfrontujesz swoje myśli z młodymi ludźmi? 

Non stop! Ta młodzież bez przerwy do mnie pisze! Że mniej pietruszki, więcej makaronu! Że w najnowszej książce wszystko ma się dobrze skończyć! Kiedy rzucam w social mediach półżartem, że np. główna para cyklu mogłaby się rozstać, od razu mam pełną skrzynkę jojczenia. Cały czas muszę balansować między własnymi pomysłami i oczekiwaniami czytelników. „Fluff” w dużej mierze wyrasta z tych oczekiwań, bo po „Fanfiku”i „Slashu” parcie na powieść o dziewczynach było bardzo duże. Żartowałam nawet na Facebooku, że trzecia część będzie się nazywać „Fanserwis”.

Czytając Twoje książki, zdałem sobie sprawę, że właściwie to ja powinienem się uczyć od młodych ludzi. To z pozoru dziwna myśl, ale wydaje się, że to młodzi dzisiaj - w wielu obszarach - więcej wiedzą o świecie, nie na odwrót. 

Mam wrażenie, że żyjemy na granicy dwóch epok, i młodzi nie tyle wiedzą dużo w współczesnym świecie, co równolegle tworzą nowy. Są bardziej świadomi zagrożeń związanych z globalnym ociepleniem, widzą, że stare zasady, na których był budowany świat ich rodziców, przestają się sprawdzać. Testują nowe formy współżycia społecznego, zero waste, give boxy, wolontariat, weganizm, itd. Jednocześnie mają czasem ambarasujące braki w wiedzy, nie wiedzą na przykład, kto jest premierem kraju, i to nie dlatego, że nie chcą wiedzieć, tylko dlatego, że ta wiedza nie ma jak do nich dotrzeć, bo nie pojawia się w kanałach informacji, z których korzystają. Starsi mają wykluczenie cyfrowe, a młodsi coś, co nazwałabym wykluczeniem analogowym. Potrafią bez problemu złożyć przez internet aplikację na studia za granicą, ale dostają ataku paniki, kiedy trzeba zanieść podanie do sekretariatu własnej szkoły.

Swoją drogą, obserwuję po moich rówieśnikach i osobach nieco starszych, nie wszyscy radzą sobie w sieci, nie znają pewnych kodów, nie rozumieją ich. A dla młodych to naturalne. 

Och, jeśli chodzi o technologie, to wciąż mi się wydaje, że nie nadążam. Nawet nie próbuję. Nie ma już we mnie tego parcia, żeby przetestować każdy serwis społecznościowy, który pojawił się na rynku. Często natomiast sugeruję się tym, co młodzież ogląda na Netfliksie albo w kinie. Zdarzało się też, że podpytywałam czytelników o różne rzeczy podczas pisania książki – na przykład o najbardziej aktualnie popularne przekleństwa wśród młodzieży. Nie chciałabym się zbłaźnić jakąś „motylą nogą” czy czymś w tym rodzaju!

Ciekawe jest, że dotykając trudnych tematów, wolisz patrzeć na jasną stronę. Bo książki mogą przynieść pociechę? A może - jakkolwiek to patetycznie zabrzmi - po prostu wierzysz w dobro?

Ta puchata otoczka moich książek w dużej mierze wynika z tego, że one mają być z założenia fanfikowe. Po drugie, wynika to z mojego sprzeciwu wobec wyrażanego często przekonania, że powieści o osobach LGBT to musi być obowiązkowo martyrologia. Za każdym razem, gdy czytam w jakiejś recenzji, że moja książka jest niewiarygodna, bo ma zbyt optymistyczne zakończenie, przekora każe mi jeszcze bardziej podkręcić poziom fluffu w następnej części. Czytelnicy tego optymizmu bardzo potrzebują. Wiem z własnego doświadczenia, jak bardzo lektury z lat nastoletnich kształtują obraz świata. Opisuję świat nie taki, jaki jest, tylko taki, jakim współczesna młodzież ma szansę go uczynić.

Czy wierzę w dobro? Mam dzieci. Muszę wierzyć. Bycie rodzicem bez wiary w to, że czeka na nie dobro w życiu, jest piekłem.

Skoro pozwalam sobie na wyznania to przyznam, że sporo wynotowałem cytatów. Na przykład: "Teraz masz mnie i tylko to powinno się liczyć. Zerujemy liczniki, okej?". Bardzo mnie chwyciło za serce - nie tyle brzmienie samo w sobie, ale że mówi to młodziutka osoba, która maturę ma dopiero przed sobą (choć za chwilę). 
Dzięki Twoim książkom przypomniałem sobie, że tzw. problemy dorosłych pojawiają się bardzo wcześnie. Tyle że młodzi ludzie może mają mniej narzędzi, by je rozwiązywać. 

Są nastolatkami, co oznacza, że każdy rok jest pełen „pierwszych razów” – pierwsze zakochanie, pierwsze kino z crushem, pierwsze zerwanie, pierwsza zdrada i tak dalej. Wydarzenia, które osoba dorosła uznałaby za błahe, są bardzo intensywnie przeżywane. Osobę dorosłą może śmieszyć, kiedy nastolatka nazywa „związkiem” znajomość, która trwała dwa tygodnie. Ale dla takiej dziewczyny te dwa tygodnie to prawdziwe pole minowe nowych doświadczeń!

Nie wiem, czy współczesne nastolatki są do lawirowania po tym polu bardziej przygotowane, niż kiedyś. Akcja „metoo” na pewno rozprzestrzeniła nieco wiedzę na temat consentu, współczesne seriale dla młodzieży też coraz częściej podłapują ten motyw, toksyczne zachowania bohaterów, które jeszcze parę lat temu nikogo by nie dziwiły, dziś są krytykowane przez fandom. Obserwowałam komentarze młodzieży, która niedawno dzięki Netfliksowi miała możliwość zapoznać się po raz pierwszy z sitcomem „Friends”. Przeważało zdziwienie, że tak seksistowski, homofobiczny i rasistowski serial mógł być kiedyś hitem.

Z drugiej strony, dziś wiedzę o tym, jak powinien wyglądać związek, młodzież czerpie między innymi z fanfików, które prezentują bardzo zróżnicowany poziom. Można trafić na taki, który skupia się na consencie, a można na taki, w którym gloryfikowani są przemocowcy i manipulatorzy. Loteria.

Natalia Osińska, "Fluff". Agora, Warszawa 2019.


1 komentarz: