środa, 7 lipca 2021

Jak działa jeż? [fragment książki Hugh Warwicka]

"Wykładanie jedzenia nie oznacza, że zobaczę jeża, podobnie jak medytacja nie oznacza, że osiągniecie oświecenie. Ale jedno i drugie zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu". Poznajcie fragment książki Hugh Warwicka "Jeże" (przeł. Adam Pluszka).


Sapanie – trudne do opisania, ale kiedy je usłyszysz, nie da się go z niczym pomylić, to zdecydowanie najłatwiejszy sposób na znalezienie jeża.

Kiedy Ted Hughes je usłyszał, był tak poruszony, że napisał nie wiersz, lecz list do przyjaciółki, w którym opowiedział o spotkaniu z jeżem i decyzji o zabraniu go do domu. Wielki poeta zdał sobie jednak sprawę, że jego towarzysz cierpi w zamknięciu i tak się wzruszył, że scałowałby jego łzy.

Na antypodach Teda Hughesa jest Pam Ayres. Napisała manifest ochrony jeży, który moim zdaniem powinniśmy potraktować jako hymn Brytyjskiego Towarzystwa Ochrony Jeży.

W obronie jeży

Bardzo lubię jeże,

zatem powiem bardzo śmiało,

że niezmiennie mnie dziwi,

jak niewiele ich zostało.

Nie muszę jechać daleko,

ale gdy wyruszam z brzaskiem,

widzę tylko jeże,

Rozgniecione. Martwe. Płaskie.

(przekład Piotra W. Cholewy)

Wiersz jest znacznie dłuższy. Jednak pod względem pomysłowości przewyższa go płodna wyobraźnia Terry’ego Pratchetta – Jeża przelecieć się nie da. Ta piosenka zaczęła żyć własnym życiem, a książka Pratchetta dawała zaledwie pomysł na to, jak niewyobrażalnie niegrzeczne słowa mogą wypłynąć z ust pijanej czarownicy o imieniu Niania Ogg w Trzech wiedźmach; czytelnicy nie byli jednak radzi i stworzyli wielowersowe śledztwo w sprawie możliwości zoofilii, powracając ostatecznie do truizmu dotyczącego niezdobywalnego tyłka jeża.


Arcybiskup Canterbury Rowan Williams podczas wywiadu dla programu BBC Desert Island Discs wybrał nieco bardziej spokojną rymowankę – The Hedgehog’s Song z repertuaru Incredible String Band.

Miałem szczęście porozmawiać z autorem piosenki, Mikiem Heronem. Dlaczego obdarzył jeża taką mądrością?

– Musiałem znaleźć zwierzę, które skarciłoby mnie za brak zaangażowania w piosenkę i w prawdziwe życie, ponieważ piosenka opowiada o moim związku z piękną francuską dziewczyną.


fragment książki 
Hugh Warwicka Jeże
Przeł. Adam Pluszka. 
Marginesy 
Warszawa 2021

Zaskoczył mnie, tłumacząc, że wybór jeża był przypadkowy, zwłaszcza że wydaje się tak trafny.

– No cóż, po tym, jak napisałem piosenkę, spotkałem jeszcze wiele jeży i owszem, jest w nich coś wyjątkowego. Są niezwykłe, lepsze, niż człowiek by się spodziewał.

Jeże wpleciono w wiele filozofii, a moja ulubiona wyskoczyła znienacka na imprezie. Spotkałem kobietę, która zgłębiała buddyzm; tak bardzo się zaangażowała, że zmieniła imię na Maitrisara. Wymieniliśmy uprzejmości, a kiedy powiedziałem, czym się zajmuję, dodałem, że ludzie zawsze mają w zanadrzu jakąś historię o jeżu. Wyglądała na nieco skonsternowaną i odniosłem wrażenie, że zaraz obali moje twierdzenie, ale chwilę później poczułem satysfakcję, gdy powiedziała:

– Ach, zapomniałam o transcendentalnym jeżu. 

To zbyt dobre otwarcie, żeby mnie nie wciągnęło.

– Miałam nauczyciela buddyzmu, który próbował nam wyjaśnić sens medytacji i praktyki buddyjskiej. I wymyślił historię, która miała nam pomóc to zrozumieć. Wskazał na ogród. „Każdego wieczoru wykładam jeżowi jedzenie – wyjaśnił. – Wykładanie jedzenia nie oznacza, że zobaczę jeża, podobnie jak medytacja nie oznacza, że osiągniecie oświecenie. Ale jedno i drugie zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu”. Takie było moje wprowadzenie do transcendentalnego jeża.

I moje.


***

Na całym świecie nawiązania do jeży zadomowiły się w języku. Zostały zawłaszczone przez każdą gałąź sztuki i rzemiosła; w filozofi i używa się ich jako metafor; sprzedają nam buty, usługi bankowe i drogi sprzęt do igraszek seksualnych. Ale w świecie Po Beatrix Potter istnieje wspólny motyw współczucia.

Jeż działa, gdyż pociąga nas samo wyobrażenie tego, co to znaczy być jeżem. Może dzieje się tak, ponieważ jeż wydaje się w swojej skórze tak zadomowiony. Jeże są bardzo szczęśliwe, będąc jeżami. A nie można tego powiedzieć o wszystkich zwierzętach – kiedy kos wzdryga się raz za razem na widok człowieka, którego widywał tysiące razy, zaczynacie się zastanawiać, na ile jest szczęśliwy.

To jednak nie wyjaśnia, dlaczego ludzie tak chętnie poświęcają życie opiece nad małymi zwierzętami.

Istnieje wiele nieistotnych powodów – większość oscyluje wokół potrzeby naprawienia szkód wyrządzonych przez ludzkość. Za każdym razem, gdy wsiadamy do samochodu, ingerujemy w naturę. Nie tylko przez ranienie i zabijanie dzikich zwierząt na drogach, ale przez wpływ na zmianę klimatu za pomocą spalin. Za każdym razem, gdy jemy coś, co pochodzi z rolnictwa przemysłowego, które zajęło tereny niegdysiejszych wsi, ingerujemy w świat przyrody. I robimy to też za każdym razem, gdy bezmyślnie sięgamy po podkaszarkę, żeby przyciąć trawnik, lub gdy rozpalamy ognisko bez uprzedniego sprawdzenia, czy nie jest to przypadkiem czyjś dom.

Ale wierzę, że istnieje głębszy powód. Częściowo jest to „biofilia”, idea opracowana przez Edwarda O. Wilsona, nieprawdopodobnie pomysłowego, mądrego i wnikliwego biologa z Harvardu. Twierdzi on, że ludzkość ma wrodzoną potrzebę kontaktu ze światem przyrody. Ale według mnie dzieje się tak między innymi dlatego, ponieważ u ludzi występuje silna selekcja pozytywna zachowań opiekuńczych. Długotrwałe zmagania ewolucyjne między potrzebą długiej ciąży, w czasie której mogą rozwijać się wszystkie nasze niesamowite zdolności, a potrzebą kobiet do chodzenia na dwóch nogach (gdyby nasze głowy były odrobinę większe w chwili narodzin, żeńska miednica musiałaby zostać przeprojektowana w taki sposób, aby zapobiec dwunożności) doprowadziły do kompromisu w postaci bezradnego niemowlęcia, które wymaga przedłużającej się opieki. Rodzice, którzy posiedli umiejętności skutecznej opieki nad swoimi dziećmi, częściej przenoszą swoje geny na następne pokolenie.

Stąd selekcja pozytywna zachowań opiekuńczych. Istnieją dowody na to, że już wcześni ludzie sprzed rewolucji neolitycznej mieli zwierzęta domowe. Zwierzęta te, choć wykazywały pewną użyteczność, traktowano inaczej niż prabydło i oczywiście ceniono wyżej niż inne gatunki. Można się spierać, czy ludzie ci zmniejszali w ten sposób poczucie izolacji, odczuwanej, gdy nie mieli już okazji do zajmowania się dziećmi, a wciąż musieli zaspokajać wrodzone pragnienie opieki.


Jeśli porównacie zwierzęta domowe z ich dzikimi odpowiednikami, zauważycie, że ofiara, jaką składają zwierzęta przy udomowieniu, wiąże się z infantylizacją. To nie tylko sprawia, że zwierzę staje się milszym towarzyszem, ale zapewnia też ludziom niezbędną do życia dawkę opiekuńczości.

Mamy więc genetyczne predyspozycje do zachowań opiekuńczych. Mamy historię ewolucji, która wskazuje na skłonność do otaczania opieką dzikich zwierząt i oswajania ich do stanu stałej zależności. I oto mamy zwierzę, które na wiele sposobów zachowuje się tak, jakby było oswojone. Jeże nie postępują jak dzikie zwierzęta. Nie uciekają. Nie atakują. Jeśli nie zwiną się natychmiast, zazwyczaj patrzą na zbliżającego się człowieka w sposób, który sugeruje uległość. Pozwalają się sobą opiekować częściowo dlatego, że nie umieją uciekać, a także ponieważ na to po prostu pozwalają.

Było zatem coś nieuchronnego w tym, że jeże stały się numerem jeden wśród dzikich zwierząt, nad którymi roztoczono opiekę – i dlatego nie powinno dziwić, co wydarzyło się w Stanach Zjednoczonych, gdzie ta gorliwa opiekuńczość zmieniła się być może w najbardziej sprzeczne z intuicją szaleństwo hodowlane na świecie. Kto by pomyślał, że śmierdzące, zrzędliwe, samotne, nocne i kolczaste zwierzę wprowadzi kraj w szał hodowli jeży?







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz