piątek, 23 października 2009

Agnieszka Kosińska: "Miłosz śnił kolorowo i bogato"

Agnieszka Kosińska, osobista sekretarka Czesława Miłosza, mówi o swoim szefie. O jego snach, rytmie pracy, ulubionych nabojach do pióra.


Miłosz pisał albo Pelikanem albo Watermanem
(c) racatumba / Foter / Creative Commons Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)
Marcin Wilk: - O czym Miłosz śnił?

Agnieszka Kosińska: - Miłosz śnił kolorowo i bogato. Gdziekolwiek i kiedykolwiek zasypiał. Moi znajomi fotograficy skarżyli się nawet, że Miłosz to trudny obiekt, bo jeśli nic się nie dzieje, co warte jest jego uwagi - natychmiast zasypia. Coś było na rzeczy. Wracając do snów: najczęściej śnił, że latał. Proszę wyobrazić sobie, Miłosz woła ze swojego pokoju, znaczy się już ruszamy do popołudniowych obowiązków, on leży z błogim uśmiechem Buddy i mówi: "Dziś znów latałem". Kiedyś po kilku kartkach, zarekomendowanej i przyniesionej przeze mnie do czytania "Polki" Gretkowskiej, zasnął i śniło mu się, że jest w ciąży. Innym znów razem mówił: "Śnią mi się same koszmary, nie chcę zasypiać. Pracujmy".

- A więc żelazny rytm pracy każdego dnia?

- Każdego. Kilka godzin dziennie. Jego myśl krążyła wokół utworu również wtedy, kiedy nie pracowaliśmy razem. Wtedy dzwonił do mnie, by się upewnić, czy też o tym myślę. Albo najczęściej w niedzielę wieczór, tuż przed moim przyjściem rano w poniedziałek, Miłosz dzwonił do mnie do domu z pytaniem, czy nie wzięłam jakiejś gazety (przez przypadek) albo czy nie mogę (przez telefon) powiedzieć mu, gdzie leży (u niego w domu) taka a taka książka. Chodziło o to, żebyśmy wspólnie ocalili nasz tygodniowy twórczy nieład, który w szale porządków zaprzepaścił demon porządków, jakim bez wątpienia była żona Carol, która ciągle układała, segregowała. Montowaliśmy wspólny front przeciwko Carol. Jednak często też Carol ze mną montowała wspólny front przeciwko Czesławowi, szczególnie kiedy on się zapracowywał, tyranizował nas i normalne życie nie było możliwe. Carol humanizowała otoczenie. To ona, zaraz po zamieszkaniu w Krakowie, postanowiła uporządkować gazon na podwórku kamienicy i teraz zamiast kamiennego wysypiska mamy ogród otoczony pięknym dzikim winem. Uparcie zostawiała swój rower na klatce schodowej, mając nadzieję, że za którymś razem nie ukradną. Kradli, ona kupowała nowy.

- Były też pewnie prośby o zakupy: "Pani Agnieszko, zeszyt A4 proszę kupić i niebieski długopis"?

- Zeszyty zwane na Bogusławskiego "kajetami", to osobna, godna Nabokova czy Pynchona, dygresja, zostawmy ją na inną okazję. Długopis - nigdy, Miłosz posługiwał się wyłącznie piórem. Rozmowy praktyczne z Czesławem Miłoszem wydają się bardzo śmieszne. Taki oto telefoniczny dialog: "Jak już Pani będzie w mieście, to proszę kupić ładunki". Ja na to: "Naboje?". On: "Tak, ładunki". No to ja: "Do Watermana czy Pelikana", bo takimi modelami pisał. On: "Do Watermana". Więc dopytuję: "Jaki kolor i krótkie czy długie". Odpowiadał posłusznie: "Kolor może niebieski albo black blue. A długość?, hm, no, ładunków". Na to ja: "Pytam, bo są krótkie i długie". On wreszcie: "No, długie, jakieś 5 centymetrów".

- Życie.

- Albo odbywał umówiony wywiad, do którego się starannie przygotowywał, zawsze wcześniej, zanim zgodził się na rozmowę, prosił o pytania, robił notatki, przypominał sobie przydatne lektury; potem wywiad autoryzowaliśmy, gotowy tekst rozmowy przesyłałam dziennikarzowi. Po kilku dniach Czesław dzwoni. "Pani Agnieszko, ja się martwię. Na pewno coś powiedziałem za mocno". Czasem mówiłam: "Panie profesorze, ale dlaczego za mocno?! Brzmiało dobrze. Czasem nie należy ważyć tego wszystkiego tak strasznie. Zresztą wszystko było przemyślane". A on: "No, dobra, dobra. I tak będą problemy, zobaczy pani".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz