piątek, 7 czerwca 2013

Premiera: King || początek lat 70.

Król Stephen King Jedyny pojawia się tuż przed wakacjami. Nieprzypadkowo. Bo "Joyland" (Prószyński i S-ka, 2013)...



...rozgrywa się podczas wakacji. Przynajmniej na początku.

Główny bohater, Devin Jones, to student o nieprzeciętnym wzroście (190 cm) i przeciętnej posturze, a także pewnie charakterze. Takich akurat cechach, by jego ukochana złamała mu serce. On, prawiczek, korzystał (jak to brzmi!) ze zbliżeń do momentu, gdy ona nie odeszła do kogoś innego. A właściwie - nie odeszła po prostu. Bo zbliżały się wakacje, a ona wyjeżdżała gdzieś tam do pracy. Nieważne gdzie. Zwykły dzień, zwykła decyzja. Dla niego koniec świata.

Słyszeliście pewnie z tysiąc piosenek country i popowych, które tego dowodzą; jakiemuś głupcowi złamano serce. A jednak to pierwsze złamane serce zawsze boli najbardziej, goi się najwolniej i pozostawia najbardziej widoczną bliznę. Co w tym pięknego?

Devin Jones zostaje więc sam i postanawia utopić smutki w wesołym miasteczku. To tytułowy "Joyland", gdzie Dev zostaje zatrudniony. Jako żółtodziób musi robić wszystko. Także przebierać się za psa, Howie'ego, którego znają wszystkie dzieciaki w Stanach. Wszystko fajnie, ale lato jest gorące, "futro" zaciągane na niemal nagie ciało wcale nie ułatwia pracy, a na dodatek Dev będzie musiał w pracy uratować dziewczynkę duszącą się hot-dogiem. Zrobi to, trafi na pierwsze strony gazet lokalnych, znowu pomyśli o ukochanej...

Chcecie wiedzieć, jaki był mój pierwszy, przekorny odruch? Żeby wyciąć artykuł i wysłać go Wendy Keegan. I może nawet zrobiłbym to, gdybym nie wyglądał na zdjęciu Erin jak utopiony piżmak. Wysłałem go za to ojcu, który zadzwonił, by powiedzieć, jak bardzo jest ze mnie dumny. Po drżeniu jego głosu poznałem, że był bliski łez.

Wszystko wygląda niepozornie. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron King po mistrzowsku odmalowuje atmosferę początku lat 70. Są przeboje z tamtych lat, literackie odniesienia (kobieta wyglądająca jak pisarka Oates itd.), i ten smak fabuły, po którym trudno rozpoznać czy to fakty czy zmyślenie.

 Nigdy nie wysmażyłem książek, o których marzyłem, tych wysoko ocenianych prawie bestsellerów, ale całkiem nieźle żyję z pisania i jestem za to wdzięczny losowi; tysiące nie mają takiego szczęścia. Stopniowo piąłem się po drabinie dochodów, aż znalazłem się tu, gdzie jestem teraz, w redakcji 'Commercial Flight', periodyku, o którym zapewne nie słyszeliście.

King bawi się nami, wodzi za nos, a smaczku dodaje fakt, że Dev opowiada swoją historię z perspektywy przyszłości - człowieka już wiekowego.

Księga Przysłów uczy nas, że "jak pies do wymiotów powraca, tak głupi powtarza szaleństwa". Tej jesieni wracałem do 'Dark Side' raz za razem, od czasu do czasu dając Floydom odpocząć, żeby znów posłuchać Jima Morrisona melancholijnie zawodzącego 'This is the end, beautiful friend'. Poważny przypadek młodzieńczego doła - wiem, wiem.

Od mniej więcej połowy książki niepozorna i spokojna atmosfera zaczyna się już mącić. O ile do tej pory wiadomo było, że nic się nie dzieje (choć oczywiście czytając Kinga - trudno nie myśleć o drugim dnie), o tyle potem napięcie rośnie. Nie będę psuł zabawy, zdradzając, ku czemu wszystko zmierza. Stwierdzam tylko, że to napięcie i suspens będzie pewnie powodem, który przyciągnie wielu czytelników. I dobrze. Bo jest co śledzić. ;-)

Dla mnie jednak bardzo istotną warstwą okazała się ta realistyczna. I to na wielu poziomach.

Po pierwsze, King na prawdę świetnie buszuje po pop kulturze, rzuca tytułami piosenek bez pudła. Aż chce się sprawdzać na youtube i innych stronach, jak brzmiały te przeboje (niektóre zresztą się zna, oj zna...).

Po drugie, King świetnie odmalowuje mikroklimat wesołego miasteczka, nie przeoczając takich szczegółów jak: środowiskowy slang czy specyfikę interakcji społecznych i psychologicznych. Naprawdę jest w tym niezły.

Zachwyca poza tym umiejętność ogarniania fabuły. I co najważniejsze może, King, bawiąc się nowościami (słodkawy momentami romans na poważnie to raczej niespotykany smak w twórczości Kinga), ciągle nie obniża poziomu.

Jakby, mimo wszystko, czytało się wciąż jedną i tę samą książkę. Książkę Kinga.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz