czwartek, 3 października 2013

Prawo do przyjemności

"Długo zbierałeś materiały? - spytała znajoma, gdy dowiedziała się, że chcę napisać o książce opowiadającej o kobiecym orgazmie.

(c) Foter / CC BY-NC-SA
Ale tak to już jest. Dowcipy i dowcipaski o seksualności, orgazmach i innych przyjemnostkach tego
typu to chleb powszedni. Otóż właśnie dlatego zapewne Rachel P. Maines, autorka "Technologii orgazmu. 'Histerii', wibratora i zaspokojenia seksualnego kobiet", swoją książkę rozpoczęła od przywołania reakcji publiczności akademickiej na jej pasję badawczą. Czyli na zajmowanie się wibratorami - bo to było na początku.

>> Miałam wiele okazji obserwować ten efekt zarówno przy dużej, jak i małej publiczności. Grupy składające się z samych kobiet zazwyczaj śmieją się i zadają pytania. W grupach mieszanych kobiety wyglądają na skrępowane i pytają niewiele, aczkolwiek śmieją się dokładnie tyle samo; zdają sobie sprawę, że wspominanie w mieszanym towarzystwie o względnej nieskuteczności penetracji jako metody wywoływania kobiecego orgazmu jest poważnym naruszeniem zasad etykiety. Mężczyzn można podzielić na śmiejących się i tych z martwym spojrzeniem. Wydaje mi się, że dla pierwszych moje badania potwierdzają, iż kobiety są tak seksualne, jak zawsze mieli nadzieję, dla drugich natomiast, że tak seksualne, jak zawsze się obawiali.

www.lipmag.com
No, niezły orzech do zgryzienia, zwłaszcza że temat budzi nie tylko emocje, ale i jest owiany aurą tajemnicy. Żeby nie powiedzieć: tabu. Rachel P. Maines, wyraźnie motywowana feministycznymi pobudkami, wykłada kawę na ławę, pisząc na przykład tak:
>> Androcentryczna definicja seksu jako aktywności wyróżnia trzy zasadnicze kroki: przygotowanie do penetracji ('grę wstępną'), penetrację i męski orgazm. Aktywność seksualna nieobejmująca co najmniej dwóch ostatnich, nie jest ani potocznie, ani medycznie (w związku z tym prawnie) uznana za 'coś prawdziwego'. Od kobiety oczekuje się, że osiągnie orgazm w trakcie współżycia, ale jeśli tak się nie stanie, zasadność aktu jako 'prawdziwego seksu' wcale nie ulega w związku z tym osłabieniu.


www.socialyz.com
Kij w mrowisko. Nie jeden zresztą. I nie tylko kij. I nie tylko w mrowisko. Bo kwestia dotyczy, praktycznie rzecz biorąc, sprawy kluczowej: przyjemności. I tego, kto ma ją dostarczać. Oraz na jakich zasadach. Najpierw, pisze o tym szczegółowo Maines, odpowiedzialnymi za leczenie "histerii" (używacie jeszcze tego pojęcia w kontekście medycznym?) byli lekarze. Rozluźniali swoje pacjentki ręką, udzielając im w sposób szlachetny i na oficjalnie medycznych zasadach pomocy. Tak zwane złote rączki, powiedzielibyśmy dzisiaj. Ale potem, kiedy ręce słabły wraz z ochotą - bo to jednak praca była i ciężka, i czasochłonna - należało sięgnąć po nowinki technologiczne. No i się zaczęło. Sprzęty, przyrządy, narzędzia, gadżety - jak chcecie to zwać - zaczęły wypierać naturalne materiały. Szybko stały się też przedmiotem indywidualnego użytku, przynosząc "pacjentkom" realną ulgę.
>> Kiedy wygłaszałam swoje referaty na sesjach, uczestnicy często pytają mnie, jak znalazłam ten szczególny temat. Najczęściej odpowiadam, że to nie ja - to on znalazł mnie. Reklamy, które napotkałam, trafiły nie tylko na przygotowany odpowiednio umysł, ale również na gotowe hormony
- pisze w pierwszych stronach swojej książki Maines. Ale niech trop reklam nikogo nie zmyli. Podobnie jak i tonacja niniejszego tekstu w stylu buffo. Reklamy wibratorów to tylko pretekst. Do dość poważnej walki o pewne racje nie tylko, śmiem twierdzić, feministyczne. Autorka z dużą uwagą i wnikliwością przygląda się przemianom kulturowym i podziałowi władzy, który pewne przyjemności uznaje za naturalne i bardziej dostępne, inne - za bardziej skomplikowane. Gdzie, według płci, przebiega ta granica w naszej kulturze? Odpowiedź jest aż nazbyt oczywista, by tu jej udzielać. Ale Maines umie o tym wszystkim pisać tak, że chce się jeszcze raz przemyśleć, czy rzeczywiście jest jak jest. I czy inaczej być nie może.
Przeł. Magdalena Madej
Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2011

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz