czwartek, 19 grudnia 2013

Oczy piekące po Desai

Kiran Desai powraca, więc i ja powracam do niej. I ona, i ja wiemy, że warto. Bardzo warto.

Przeł. Jerzy Kozłowski, WL, Kraków 2013.
Książka o powrotach musi być smutna i trochę melancholijna. Dlatego początek powieści "Brzemię rzeczy utraconych" toczy się bardzo powoli. Jakby świat książkowy działał według innego zegara.

W drugiej połowie lat XX wieku w miasteczku Kalimpong w Himalajach sędzia Patel głaszcze ukochaną sunię Mutt. Sai, szesnastoletnia sierota, przeżywa pierwsze oczarowanie. Zabujana jest w korepetytorze, Nepalczyku Gjana. Kocha go równie mocno, jak i... nienawidzi. Jest jeszcze Bidźu, który wylądował w Stanach Zjednoczonych, by przeżyć. Tak właśnie: "by przeżyć" to zresztą dość celne określenie tego, co tam robi.

Wszystko, jako się rzekło, płynie najpierw bardzo powoli. Niemal bezpiecznym rytmem. Oswajamy się z tym światem pełnym kolorów, zapachów, lekkich emocji, które jeszcze nami nie wstrząsają. Akcja rozkręci się z czasem. I pokaże, że to, co wydaje się takie spokojne i opanowane - to tylko pozory.

Tytułowe brzmię to metafora tego, co ciąży i tego, z czym zarazem trzeba sobie poradzić. To jak gen, którego zmienić nie możemy, więc jest wyzwaniem. U Desai stosowną rolę ogrywa tu na przykład historia postkolonialna czy tożsamość innego. Pisarka nie robi oczywiście wykładów na temat, choć swoimi historiami i stylem opowieści ułatwia zrozumienie wielu splątanych wątków i tematów. W tym kontekście słusznie krytycy porównują Desai do Salmana Rushdiego czy Zadie Smith.

Wydaje się jednak, że prawdziwą specjalnością Desai jest niebywale szybkie przenikanie się skrajnych i sprzecznych emocji, obrazów, stanów. Radość tu prędko możne przerodzić się w smutek; poczucie bezpieczeństwa w mig jest zagarniane przez gwałt i przemoc; kameralność i osobność to tylko cisza przykrywająca huczące w głowie i pamięci wielkie historie całej społeczności.

Desai opowiada w doskonałym rytmie, ale nie oszczędza nas. Bez wahania zmienia nastroje. Poznawanie tej fabuły przypomina momentami obserwowanie twarzy kogoś, kto z pozoru uśmiechnięty i rozpogodzony nagle roni jedną łzę, po chwili drugą, by w końcu wybuchnąć przeraźliwie smutnym płaczem. Jak gdyby nigdy nic.

Sięgam po Desai po latach (pierwsze wydanie ukazało się 6 lat temu) i widzę, jak sporo się zmieniło naokoło - ale "Brzemię rzec utraconych" nadal robi to samo ogromne wrażenie. No i trzeba przyznać, że oczy często pieką - raz to od piękna obrazów, jakie odmalowuje Desai, raz to od zupełnie czegoś innego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz