czwartek, 20 lutego 2014

Kolor barszczu ukraińskiego

604 tys. kilometrów kwadratowych to prawie dwie Polski... Ukraina. Wielki kraj, wiele emocji. Zwłaszcza teraz.

Liczby wzbudzają respekt. Ponad 52 miliony Ukraińców w 1993 roku. 30 tysięcy hrywien (prawie 12 tysięcy złotych) za pierwsze dziecko. 70 procent mieszkańców żyjących w miastach.

Tylko 57 procent mieszkańców ma zimną wodę w kranie na wsi (ciepłą - ledwie jedna trzecia). Prawie 7 godzin dziennie mieszkaniec wsi spędza na pracach domowych (gdy średnia dla Francji i krajów skandynawskich to ok. 3 godzin). Tych różnic - pomiędzy Ukrainą a tzw. światem zachodnim - jest zresztą więcej.

Aż 46,5 procent badanych wskazywało wpływowych członków rodziny jako warunek sukcesu. W Europie ten wskaźnik wynosi około 10 procent. 33,1 procent Ukraińców wskazało jako inny warunek sukcesu zdolność do omijania czasem prawa. Na Zachodzie ten wskaźnik wynosi ok. 5.5 procent. Dalej w rankingu ukraińskich wartości są inteligencja i zdolności - walory, które w świecie zachodnim ceni się bardzo wysoko (31,8 i 60,8 procent badanych).
Liczby wzbudzają respekt. A może nie tylko to. 56 procent Ukraińców nazywa co prawda swoim ojczystym język ukraiński, ale aż 40 procent - rosyjski. Prasa zdominowana jest przez rosyjskojęzyczne tytuły. W praktyce ukraińskiego używa klasa najniższa ("sprzątaczki i kucharki, którym jest wszystko jedno, jakiego języka używają") oraz elita intelektualna. Są jeszcze oczywiście politycy, ale do używania ukraińskiego zmusza ich prawo, któremu - akurat w tym wypadku - często się podporządkowują.

Politycy w ogóle w tym kraju chyba mają dobrze. Na wielu polach. Na przykład literackim. Co prawda jedną z najpopularniejszych pisarek jest Oksana Zabużko (średni nakład około 30 tysięcy sprzedanych egzemplarzy), to jednak największe honoraria dostaje Wiktor Janukowycz. Tak, to nie jest żart. Wedle deklaracji podatkowych złożonych w latach 2011 i 2012 Janukowycz zarobił na swoich książkach po 2 miliony dolarów. Wydaje go jednak firma zajmująca się drukiem ulotek reklamowych i gazet. Oraz produkcją kartonów. Czy to jakieś pocieszenie?

Książka Piotra Pogorzelskiego "Barszcz ukraiński" notuje o wiele więcej takich paradoksów. Tytuł zobowiązuje. A deklaracja złożona we wstępie - "Wszystko tutaj wydawało mi się i nadal wydaje większe, silniejsze, wyrazistsze... Trochę tak, jak tytułowy barszcz ukraiński, który nie jest cienkim buraczanym kompotem, a gęsta, składającą się z mięsa i warzyw potrawą" - to duża obietnica. Wywiązuje się z niej autor, wieloletni korespondent radiowy na Ukrainie, pisząc po kolei o sprawach zupełnie podstawowych.

Editio, Gliwice 2014.
Jest tu miejsce więc nie tylko na rzeczową demografię i statystki, charakterystykę kultury czy wyznań religijnych, ale także refleksja nad tym, jak ważne są pieniądze (które "rządzą Ukrainą", by posłużyć się tytułem odpowiedniego rozdziału), czy jak istotne są związki z USSR albo problem piractwa. Poszczególnym rozdziałom-raportom towarzyszą rozmowy z rozmaitymi ludźmi z Ukrainy. To oni tworzą też specyficzny pejzaż. Rzeczywistość, o której - jak się okaże po lekturze - tak bardzo mało wiedzieliśmy.

Na przykład o liczbach, które wzbudzają respekt. W zamieszkach na Euromajdanie - szacuje się - zginęło niemal 100* osób (*gdy czytacie tę notkę, ten wynik może już nie być aktualny). O ilu zaginionych nie wiemy? O ilu zawiedzionych ambicjach nie mamy pojęcia? Jakich jeszcze innych ważnych liczb nie znamy? Głowa, zwłaszcza dzisiaj, generuje niezliczoną ilość pytań dotyczącą Ukrainy. Książka Pogorzelskiego stara się odpowiedzieć przynajmniej na część z nich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz