czwartek, 27 marca 2014

Syzyfowe prace

"Antologia polskiego reportażu" to 3 kilogramy. Spokojnie więc możemy mówić o literaturze wagi ciężkiej. Zwłaszcza że stoi za tym Syzyf. Zwany dalej Mariuszem Szczygłem.


Wymyślił on sobie bowiem, że powstanie dzieło fundamentalne. Dzieło, które będzie rodzajem podsumowania, ale i propozycji, jak powinien wyglądać kanon polskiego reportażu XX wieku. Reportaż zresztą w ostatnich latach ma się świetnie. Jest nawet, by tak powiedzieć, modny. Są nagrody, są świetni autorzy. Jest potrzeba czytania o tym, jak jest w rzeczywistości. Dowiedzenia się o niej nie przez pryzmat infotainmentu, ale dobrej literatury. A kibicują temu powszechnemu (przynajmniej w pewnych kręgach) zrywowi nie tylko wydawnictwa - w tym Czarne, które od kilkunastu lat jest wierne dobrej literaturze reporterskiej - ale i czytelnicy, którzy reportaż wielbią.

Jest więc moda na czytanie o reportażu. Pewien rodzaj snobstwa nawet. Kapuściński już nie wystarczy. Krall też wydaje się lekturą raczej szkolną. Trzeba szukać dalej. Na przykład w okolicach autorów znakomitego "Dużego Formatu". Bo jeśli o tematykę idzie - sprzeda się tu wszystko: od kameralnej relacji indywidualnej z prowincji po rozważania, czasem iście filozoficzne, ulokowane gdzieś daleko poza Europą. Na przykład w Azji czy Ameryce Łacińskiej. Tudzież w Afryce.

Tematów jest multum i odzwierciedlenie tego, siłą rzeczy, musiało się znaleźć w "Antologii polskiego reportażu XX wieku". Zwłaszcza w tomie drugim, który opisuje rzeczywistość nam bardziej współczesną (księga obejmuje lata 1966-2000). Jest tu głośny tekst "Wieże z kamienia" Wojciecha Jagielskiego, Lidia Ostałowska podsuwa "Bezprizornych", mamy też reportaż o zamianie polskiego porządku na koreański, poza tym przeczytamy znakomitego Wojciecha Tochmana... I co jeszcze? I kogo jeszcze?

No właśnie. Tak zaczynają się problemy z tą antologią, bo Szczygieł zadbał o to, by można było mówić o tym wyborze dużo, wymieniając znakomite nazwiska i świetne tematy. O ich pomysłowych i różnorodnych ujęciach nie wspominając. Ale mamy w końcu setkę autorów, setkę tematów, setkę ujęć. Każde inne, każde osobliwe i każde czegoś uczące. I skłaniające do tego, by w antologii szukać własnej antologii.

Więc od siebie powiem, że niezmiernie mnie ucieszyła obecność Antoniego Sobańskiego. "Cywile, Reichstag i książki" to, jak łatwo się domyślić, tekst o hitleryzmie. A właściwie o społeczeństwie. A Sobański pisze o tym wszystkim w sposób tak fascynujący i ponadczasowy, że wystarczy podmienić kilka nazwisk i okoliczności oraz konkretnych dat i tekst z roku 1933 jest aktualny w roku 2014.

Gorzej już będzie z opowieścią Barbary Pietkiewicz o gejach. Reportaż to kultowy, owszem. Na początku lat 80. czytany był ponoć na tajnych gejowskich kompletach. Lecz po informacjach przytaczanych tam widać, jak bardzo zmieniła się - co byśmy nie sądzili - świadomość przed ostatnie 3 dekady. Bo chyba dzisiaj Barbara Pietkiewicz nie napisałaby już zdań typu: "Homoseksualiści domagają się specjalnych chroniących ich ustaw, jak te, które uchwalono dla Murzynów i kobiet. Wraz z tolerancją rośnie sprzeciw społeczny wobec tych żądań. Tolerancja nie może oznaczać aprobaty ani
przyznania specjalnych uprawnień".

Czarne, Wołowiec 2014.
Takich przykładów - pozytywnych i negatywnych - z tych dwóch tomów jest oczywiście więcej. Sporo tu też kuriozów. Naprawdę świetnym pomysłem były wstępy, niby biograficzne, w gruncie rzeczy zdradzające często kulisy powstawania tekstów. Nie są one równe, bo Szczygieł czasem pisze o tych, co nie żyją, czasem o tych, którzy nie dość, że żyją (oby jak najdłużej!), to jeszcze których bardzo szanuje. I to się czuje.

Ale z drugiej strony osobisty ton, który raz po raz przebija się pomiędzy wersami tych różnorodnych tekstów, jest i słabością i siłą tej antologii. Niewątpliwie Mariusz Szczygieł wykonał pracę heroiczną i bez tych dwóch tomów teraz naprawdę wstyd się pokazywać na mieście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz