środa, 26 marca 2014

Delirium

Ta książka nie jest utkana z marzeń. Raczej składają się na nią rozczarowania. Bardzo gorzkie. Czasem nawet gorzkie żołądkowe.
Bobi ma czterdzieści lat i właśnie zapija utraconą miłość. Zapija po raz pierwszy od lat dziesięciu, a może po raz pierwszy od dziesięciu godzin? Właściwie nie wiadomo i przez to nie-wiadomo oraz pomieszanie z poplątaniem musi zacząć reagować.

Trafia na odwyk do Kobierzyna. Terapia będzie trwać codziennie, przez kilka tygodni. Od rana do popołudnia. "Etatowa praca nad sobą" - nazwie ją narrator. I przyłoży się do niej iście literacko.

"Kobierki" to bowiem literacki kamuflaż samotności i niezgody. Nie tylko na to, w jakim punkcie życia bohater się znalazł, ale i chyba na siebie w ogóle. Jego opowieść, mocno traumatyczna przecież, obudowana jest na miliony sposobów. Przede wszystkim narracją zanurzoną w historii doświadczeń innych. Literackich (mamy tu wręcz bezwstydne cytaty literatury przedmiotu, na końcu nawet ze spisem niecnie wykorzystanych dzieł; jest tu i Bieńczyk, i Pilch oczywiście, i Barthes nawet z "Fragmentami dyskursu miłosnego"). Ale nie tylko. Bo na terapii z Bobim są jeszcze inni. A inni to także historie innych. Opisane w "Kobierkach", a jakże.

Wszystko wydaje się poukładane i pod kontrolą. Jak u człowieka uzależnionego, który wyznacza sobie, że nie przekroczy sześciu piw dziennie. I nie przekracza nigdy. Bo poza piwami jest przecież wódka, whisky, rum. Oparta na pewnego rodzaju przesadzie opowieść z książki Franczaka to gra nie tylko z rzeczywistością, ale i własną historią. Gra tak wysublimowana, że w pewnym momencie nie wiemy, o co właściwie chodzi. Ale czyż nie taki jest stan umysłu kogoś, kto nie potrafi się uwolnić?

Lokator, Kraków 2014.
Wcale nie tak łatwo sięga się po tę książkę, gdy mamy świadomość, jakiego tematu ona dotyka. A dotyka. I to nie tylko przenośnie. To proza niestety przejmująca i to wcale nie w idyllicznym - gdyby zostać przy słowie wyrwanym z podtytułu - sensie. Pisanie Franczaka pobudza nie tylko do myślenia nad literackimi kontekstami, ale i nad tym, co się dzieje z ludźmi obok nas. I co się może stać z nami samymi. To ostatnie jest najgorsze.

Chciałbym więc napisać, że jest to książka, którą się porcjuje, smakuje małymi łykami. Ale skłamałbym. Bo "Kobierek" nie da się tak trawić. Najlepiej nie konsumować ich wcale. Najlepiej je przyjąć w całości, jednym haustem. I być potem przygotowanym na naprawdę sporego kaca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz