piątek, 4 kwietnia 2014

Kristina Ohlsson: "Byli przerażeni tym, co wymyśliłam"

Gdy zobaczycie Kristinę Ohlsson na żywo, nie uwierzycie, że ta niepozorna, sympatyczna blondynka miała do czynienia z tak poważnymi sprawami. A jednak. 

Kristina Ohlsson
Fot. Peter Knutson

Urodzona w 1979 roku i mieszkająca w Szwecji autorka pracowała między innymi w tamtejszym Ministerstwie Spraw Zagranicznych i zajmowała się konfliktem na Bliskim Wschodzie. Ostatecznie zwyciężyła pasja: pisanie książek. Kryminalne historie z Fredriką Bergman w roli głównej podbiły wyobraźnię czytelników. W Polsce do księgarń trafia właśnie kolejny tom, „Wyścig z czasem”.

Marcin Wilk: Zanim porozmawiamy o książkach, przyznaj się, co robiłaś przed rokiem 2012?

Kristina Ohlsson: To żadna tajemnica. Pracowałam dla szwedzkich służb bezpieczeństwa. Przez pewien czas przebywałam także w Bagdadzie, potem w Wiedniu.

I jeśli Cię spytam, co robiłaś...

...to nie odpowiem ci. Bo to już jest tajemnica.

Spodziewałem się tego.

Sam rozumiesz. Służby bezpieczeństwa. Obowiązuje poufność. W Bagdadzie natomiast byłam attaché, a w stolicy Austrii pracowałam nad terroryzmem.

O, to ciekawe.

Średnio. Bo pracowałam dla OBWE. Na pierwszy rzut oka to jest potężna organizacja, zajmująca się bezpieczeństwem, skupiająca 57 państw. Zajmuje się ona różnorodnymi sprawami i dość prężnie działa. Przynajmniej tego się dowiesz z ich strony.

A w rzeczywistości?

W rzeczywistości współpraca w obrębie organizacji jest słaba. I gdy pracowałam nad tak trudnym tematem jak terroryzm, okazywało się, że problemy zaczynały się na poziomie definicji czy strategii, nie mówiąc już o samym działaniu.

Żadnych niebezpiecznych akcji?

No co ty?! Jeździło się na konferencje, spotykało, ale to do niczego nie prowadziło. Byłam w pewnym momencie bardzo sfrustrowana.

Wierzę.

Tu nie chodziło o to, że chciałam nie wiadomo jakich akcji. Ale pragnęłam, żeby dyskusje miały jakieś solidniejsze ugruntowanie. No cóż, byłam młoda i naiwna...

Oj tam, oj tam.

Nie, nie narzekam. Przydało mi się to doświadczenie do pisania. Wiem, jakie są plusy i minusy działania w takich strukturach.

Skoro weszliśmy już na ten temat: ile w twoich powieściach jest prawdy, a ile zmyślenia?

Nic nie jest prawdą.

Nic?

Nic.

I myślisz, że Ci uwierzę?

Poważnie. Nie było takich zbrodni. Nie było takich zbrodniarzy. Nie było takich świadków. Owszem, w niektórych przypadkach rozpoznasz elementy znanej ci rzeczywistości, ale nic, absolutnie nic nie jest prawdziwe. Wszystko jest zmyśleniem. Dlatego zresztą piszę te książki. Czytelnicy chcą poznać moją wyobraźnię. Chyba większość pisze z tego powodu.

Niby tak. Ale z drugiej strony, czytelnicy lubią też rozpoznawać w książkach dobrze znaną sobie rzeczywistość
.

No, nie wiem. Gdy czytam książki beletrystyczne, których akcja rozgrywa się w Hiszpanii albo chociażby w Polsce, nie myślę o tym, że one mówią wszystko o rzeczywistości, w jakiej się rozgrywają. Owszem, w pewnym sensie książki mogą coś powiedzieć o społeczeństwie. Ale czy bardzo dużo? Osobiście w to wątpię.

No dobrze. Ale obróćmy sytuację: gdy piszesz książkę, tworzysz jakąś kryminalną sytuację, nie czujesz się odpowiedzialna? Być może będziesz dla kogoś inspiracją.

O mój Boże...

Przeraziła cię wizja, którą naszkicowałaś w „Wyścigu z czasem”, gdzie terroryści wykorzystują lot Boeinga 747 ze Sztokholmu do Nowego Jorku, by zaszantażować władze?

Oby nie! Absolutnie nie chciałabym tego...

Robiłaś do „Wyścigu...” osobny research?

Rozmawiałam z dwoma pilotami. Wcześniej chciałam poznać wszystko: wejść do środka, zbadać szczegóły. Ostatecznie jednak uznałam, że chodzi mi o pewne fakty, nie o detale. Dlatego tym pilotom powiedziałam, że chcę wiedzieć „to” i „to”. I oni udzielili mi odpowiednich wskazówek.

Dużo podpowiedzieli?

Byli przerażeni tym, co wymyśliłam. Jeden z pilotów stwierdził, że ma nadzieję, że to, co sobie wymyśliłam, nie wydarzy się w rzeczywistości. Ja zresztą też mam taką nadzieję. Ale właśnie na tym rzecz polega, by wymyślić coś prawdopodobnego, co się nie zdarzyło naprawdę, ale co mogło mieć miejsce. To jest właśnie wyobraźnia! I tego szukamy w książkach.

Fantastyki, która niepokojąco przypomina rzeczywistość?

Tak, właśnie. Jeden z autorów powiedział kiedyś, że gdyby pisać książkę, która byłaby odzwierciedleniem tego, co się naprawdę stało lub dzieje w rzeczywistości, być może nikt by jej nie przeczytał. Byłaby przecież taka nudna. W każdym razie ja wybaczam wszystkie merytoryczne błędy – pod warunkiem, że historia mnie wciągnie.

Sama chyba lubisz odkrywać przed czytelnikami intrygę i rozwiązanie bardzo powoli?

Najważniejsza jest jednak akcja. Musi mieć swoje tempo. Chodzi o to, byś był prowadzony przez opowieść. Na drugim miejscu są bohaterowie. To nie mogą być byle jakie postaci. Muszą mieć swój charakter. Czytelnicy powinni też coś czuć podczas czytania moich książek: smutek, rozpacz, przerażenie czy podniecenie. Nie mogą być obojętni.

Na przykład Fredrikę niektórzy od razu polubią, a inni nie.

To nie była specjalnie przemyślana postać. Wiedziałam jedynie, że bohaterką ma być kobieta z doświadczeniem policyjnym. W tym jesteśmy podobne. Poza tym różnimy się diametralnie. Ona mieszka ze swoim starszym mężem, ma dzieci, nie jest towarzyska, najchętniej rozmawia sama ze sobą albo z rodziną. Nie dlatego, że nie lubi innych, po prostu szanuje swoją prywatność.

Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.
Mówisz, że różnicie się pod wieloma względami, ale czy zaprzyjaźniłabyś się z kimś takim jak Fredrika?

Tak sądzę. Lubię ludzi, którzy są bystrzakami. A Fredrika jest bardzo inteligentną osobą. Do tego jest małomówna. Tak, z całą pewnością sądzę, że mogłabym jej zaufać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz