czwartek, 24 lipca 2014

Pstryk, pstryk

Gdyby muzyczna fotografia była monarchią, to królem byłby zapewne Marek Karewicz I.


To Marek Karewicz jest bowiem autorem fotografii na płycie Ewy Demarczyk śpiewającej piosenki Zygmunta Koniecznego. To Marek Karewicz jest przecież autorem zdjęcia, które po przetworzeniu zdobi okładkę płyty "Michał Urbaniak constellation in concert". To Marek Karewicz wreszcie sfotografował Marka Grechutę. Tak, tego samego Grechutę, który łamał serca dziewczętom z końcem lat 60. i 70. A niektórym łamie i dziś pewnie. Przyznajcie się. ;-)

Marek Karewicz miał zawsze dobre oko. I umiał zrobić to właściwe ujęcie, które trafiało na okładkę płyt. Uwielbiał jazz, ale przyjmował zlecenia różnorodne. Pstrykał Czesława Niemena, Skaldów, Stana Borysa, Tadeusza Nalepę, Helenę Majdaniec, Karin Stanek, Katarzynę Sobczyk... Mam wymieniać dalej? Zabraknie tu miejsca. Naprawdę. 

W pracowni Karewicza, jak mówią wtajemniczeni, jest około 2 miliona negatywów. Przede wszystkim gwiazd muzyki polskiej. Ale nie tylko. Ze zdjęciami wiąże się zawsze jakieś wspomnienie, często anegdota. Dzieli się nią Karewicz w wydanym właśnie albumie "Big Beat". Zdradza tam, że Niemen był "naturalnym modelem". Albo że Kasia Sobczyk nie wytrzymała presji. 
"Przekroczyła pewien próg i wspomaganie stało się jej codziennością".
Portrety malowane z pamięci przez Karewicza mają charakter mocno osobisty. Fotograf ma swoje hierarchie, wygłasza czasem dosadne opinie, ale zawsze - i nie wolno mu tego odmówić - jest serdeczny i każdego traktuje z należytą mu uwagą. Widać bowiem, że Karewicz nie tylko lubi swoją pracę, ale faktycznie interesował się człowiekiem. Jego "Big Beat" to nie tylko kawał historii polskiej muzyki, ale również rodzaj pamiętnika, w którym często poznajemy artystów bez scenicznego makijażu i estradowej pozy. 

SQN, Kraków 2014.
Kompletował te wszystkie wspomnienia Marcin Jacobson, który tekstowi nadał formę gawędy. Dobrej, potoczystej, bez łopatologii, ale wystarczająco zajmującej, by nie lubiących ani przepadających za big-beatem - piszący te słowa do takich się właśnie zalicza - zarazić fascynacją. Kawał dobrej roboty, po prostu.



A może od big-beatu bardziej interesuje Cię spowiedź Tymańskiego?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz