czwartek, 16 kwietnia 2015

Modna Polska

"Najdziwniej sprawa ma się z wielbłądami" - zaczyna swoją opowieść ALEKSANDRA BOĆKOWSKA. Po tym pierwszym zdaniu już wiadomo, że temat podejmowany w książce może być wyboisty i, momentami przynajmniej, zaliczany do tych wysokich.


Wysokie w każdym razie były ambicje projektantów ery PRL. O nich w dużej mierze jest książka Boćkowskiej.

Jadwiga Grabowska, pierwsza dyrektorka Mody Polskiej, zwykła powtarzać, że

>> modelki muszą być z dobrego gniazda - co najmniej z maturą, na poziomie. To właśnie - klasa lub wykształcenie - w mniejszym lub większym stopniu łączyło osoby, które zajęły się modą czy też szerzej: kształtowaniem gustu we wczesnej PRL.

Grabowska musiała być fascynująca. Z turbanem na głowie wzbudzała szacunek podopiecznych, czyli modelek, które trzymać fason musiały także poza godzinami pracy. Dlatego w Paryżu chodziły cały czas w szpilkach, jadać mogły tylko podczas wspólnych posiłków, a w Odessie z kolei chronić musiały się przed słońcem, by zbytnio się nie opalić. Ale mimo tego wszystkie chciały pracować z Grabowską. Bo dla nich to był ktoś. Miała klasę i bezpośrednie dojścia do najważniejszych projektantów w stolicy światowej mody. Z Coco Chanel na czele.

Obok Grabowskiej książka Boćkowskiej przybliża barwne sylwetki wielu innych osób związanych z modową branżą minionej epoki. Niezłym gagatkiem okazuje się Jerzy Antkowiak. Projektant sprytny, chimeryczny i nie stroniący od alkoholu. Ale też artysta modowy, twórca skuteczny i niezwykle błyskotliwy, który chciał, by w latach osiemdziesiątych mężczyźni chodzili w przezroczystych spodniach.

Sporo miejsca poświęcić musiała autorka legendarnej Barbarze Hoff, która była i wciąż jest obiektem adoracji - tyleż pożądanym, co niedostępnym. W gruncie rzeczy Hoff to jednak kobieta niezależna, autorka stałej modowej rubryki w "Przekroju", która kiedyś

>> wymyśliła sobie, że tak będzie "wywiercać szczelinę w systemie".

Hoff była prawdziwą gwiazdą. Kreowała mody nie tylko na łamach tygodnika. Wpadła na pomysł, by zacząć projektować. W roku 1967 wkroczyła do gabinetu dyrektora Mody Polskiej, rzuciła mu na stół szkice krótkich sukienek i w ten sposób zaczęła kolejny etap swojej błyskotliwej kariery w tym pełnym dodatków i walk o materiały, projekty i inne elementy świecie mody PRL-u.

Portrety Grabowskiej, Antkowiaka czy Hoff układają się w szkice do biografii. A w każdym razie każda z tych najważniejszych postaci tu opisanych nadaje się na bohaterkę/bohatera osobnej fascynującej opowieści.

Boćkowska sporo pisze o ludziach. I dobrze, bo przez pryzmat człowieka najlepiej widać paradoksy minionej epoki. Zapał i zaangażowanie pomysłowych projektantów oraz tęsknoty klientek za świetnie skrojonymi ciuchami mieszały się z niedostatkami zaopatrzenia czy kuriozalnymi pomysłami władzy centralnej. Kto miał jednak się wybić, temu czasy zbytnio nie przeszkadzały. Tak przynajmniej wynika z tej opowieści.

O książce "To nie są moje wielbłądy" powiedzieć, że jest portretem mody w PRL-u, to stanowczo za
Czarne, Wołowiec 2015.
mało. Znajdziemy tu także na przykład język tamtej epoki (świetne cytaty z dokumentów zdobytych w Archiwum Akt Nowych). Boćkowska pisze z pasją i znawstwem, ale nie traci dystansu. Bywa momentami nawet ironiczna i - co równie ważne - prowadzi swoją opowieść w taki sposób, że ci, którzy o modzie nie mają zielonego pojęcia, mogą po tę książkę sięgnąć bez żadnych kompleksów. Opisać te pepitki, zakładki i inne rzeczy w taki sposób, to nie lada sztuka - o czym wie każdy, kto choć na chwilę zetknął się z prawdziwą modą. Nie tylko w PRL-u.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz