środa, 16 grudnia 2015

Tempo, ruch, barwa, energia

Sił już nie mam do tej książki. Ze dwie noce mi zabrała i ze trzy razy krztusiłem się niebezpiecznie ze śmiechu. Kuźniak owinęła sobie mnie tą Stryjeńską wokół palca. 


Stryjeńska jak Stryjeńska. Że artystka, że piękne malunki i że życie podobno ciekawe - o tym się mówiło, to się słyszało, coś tam się widziało. Ale nigdy dreszcz nie przechodził, nie elektryzowało. Ot, jedna z wielu. Dopiero teraz przyszło to coś, wraz z tą książką.

Ale zaczęło się na Facebooku. Ktoś kiedyś mi podesłał pewnego linka i spytał, czy śledzę "Zofię Stryjeńską". Nie śledziłem. Ale zajrzałem. Posty - od razu znakomite. 19 grudnia roku ubiegłego pisano, że "Zababrana jestem cały dzień farbskami jak kundel". Kiedy indziej: "Spać nie mogę, jakieś złe siły snują się po mojej landarze". I jeszcze: "Chcący niechcący trzeba zabrać się do zrobienia nowych długów. I to jakich większych".

Wszędzie podpisana była ona, Zocha.

Okazało się, że stoi za tym wszystkim Angelika Kuźniak, autorka biografii Papuszy, Marleny Dietrich czy, ostatnio, Ewy Demarczyk. No a teraz Zofii Stryjeńskiej. Swoja na swoją trafić musiały, pomyślałem prędko, czując co się święci. Okoliczności ze wszech miar zresztą były szczęśliwe. Dość powiedzieć, że materiałów zachowało się sporo (z listami i pamiętnikami po artystce na czele). Niepodrabialny styl Stryjeńskiej szybko okazał się na tyle twórczy, że udało się na nim postawić piękny monument, czyli rzeczoną biografię.

Najpierw poznajemy więc Kraków u początku wieku XX. Tam Zofia Lubańska dorastała, u boku ojca, Franciszka, sklep i nieruchomości posiadającego, a przy tym oryginała trochę. W 1910 roku Franciszek wierzył w każdym razie, że świat czeka rychły koniec. Na wypadek dramatycznych zdarzeń nosił nawet w kieszonce kamizeli tajemnicze tabletki Kometa.

Wkrótce potem Zosia odsłania przed nami swoje artystyczne pasje i ciągoty. Łatwo nie będzie. Jako kobieta z definicji ma trudniej. Żeby studiować na Akademii Sztuk Pięknych w Monachium, będzie musiała przebierać się za swojego brata. Przez chwilę staje się więc Tadeuszem von Grzymalą.

Znajduje potem Zocha męża. Karol w sumie nieźle się zapowiada. Ale udany jest tylko początek. Bo Zocha, owszem, rodzi mu dzieci, ale ostatecznie podejmie decyzję o odejściu.

Zocha bez męża u boku? Nie szkodzi. Będzie następny. Zresztą życie Zochy nie przestaje być ciekawe i fascynujące, a kolejne zapiski osobiste to uczta jakich mało. Mimo iż nie było zawsze różowo: wojna, problemy z flotą, czyli pieniędzmi, i nieszczęśliwy koniec daleko od kraju. Ostatnie lata są raczej przykre i ciemne, chociaż Zocha u Kuźniak wciąż coś parsknie, przyklnie, chluśnie słowem czy innym wstrząsem lingwistycznym. Jest w tym rewelacyjna.

Tempo stylu narzuconego przez dokumenty osobiste Stryjeńskiej wytrzymuje Kuźniak, która pisze o tym życiu z pasją, zwiewnie, dowcipnie, a czasem - w słusznych momentach - autoironicznie. I nic nie podpowiada. Dba o to, byśmy sami wnioski wysnuli sobie ze wszystkiego.

Czarne, Wołowiec 2015.
Psiakrew, jaka znakomita książka!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz