wtorek, 6 sierpnia 2013

Anna Ficner-Ogonowska: Zgoda na szczęście || ponad 550 stron

Anna Ficner-Ogonowska to nowa gwiazda polskiej literatury popularnej. Debiutancka książka, "Alibi na szczęście", a następnie kontynuacja tejże, "Krok do szczęścia", rozeszły się w wielotysięcznym nakładzie. Triumfalny pochód autorki przez listy przebojów zdaje się nie mieć końca. Od kilku tygodni na szczyty trafia trzeci tom cykl, czyli "Zgoda na szczęście" (Znak, 2013).


Na początku jest szarość, a konkretnie ciemna szarość. Pierwszy obrazek z książki przesiąknięty jest czymś nieprzyjemnym, wrogim. Ale to tylko początek. Zaraz potem świat nabiera barw i przyjacielskich tonów. Doktor Bożenka i wełniany sweter w kolorze miodu wielokwiatowego. I dziecko. W drodze. Bo Hania, bohaterka znana z poprzednich książek Ficner-Ogonowskiej jest w ciąży. I musi zacząć dbać o siebie.

Przy Hani jest Mikołaj. Ich związek nie zawsze był szczęśliwy, ale teraz to już pewne. Chcą być razem. Hania rozkoszuje się każdym gestem, dotykiem, pocałunkiem. Jest słodko, miło, kolorowo. 

- Stęskniłem się za tobą.
Odetchnęła.
- Ja za tobą bardziej. - Uśmiechnęła się.
- Lubię się z tobą licytować. - Teraz to Mikołaj się uśmiechał. Zabójczo.
- A ja lubię się z tobą kochać. - Wiedziała, że lubił, gdy była taka odważna.

Dalej jest jeszcze lepiej. Choć nie idealnie. O nie. Bo od fabularnej strony rzecz biorąc: Dominika, którą pamiętacie z poprzednich książek Ficner-Ogonowskiej, ma problemy. Ze sobą. A konkretniej z oswojeniem się z nową sytuacją i rolą. Jest jeszcze brat Hanki i pani Irenka, "która tym razem odegra wyjątkową rolę".

W oprawie fabularnej przygody i perypetie bohaterów tej książki są jednak jedynie osnową dla opowieści o życiu zwyczajnym. Już od pierwszych stron świat mieni się barwami, pachnie przygotowane spaghetti, czuje się zimną dłoń pod koszulą. Zmysłowość połączona ze zwyczajnością doświadczenia skutkuje tym, że rzeczywistość, o której czytamy, jest tak bliska. Niemal na wyciągnięcie ręki.

Anna Ficner-Ogonowska (c) Facebook.com
W tym zresztą upatrywałbym fenomen Ficner-Ogonowskiej, o którym pisałem kilka notek wcześniej. Rozdmuchane dialogi, rozłożone na części pierwsze komunikacyjne ruchy ("- Kocham Cię. - Ja Ciebie też kocham. - Dziękuję. - Proszę") sprawiają, że gęsto zadrukowany papier osiąga liczbę ponad 550 stron. To sporo, zwłaszcza jak na literaturę polską.

Książka w swojej kategorii z pewnością jednak wstydu rodzimej produkcji popularnej nie przynosi. Schludna redakcja, jasno poprowadzone wątki, delikatnie i z finezją kreślona charakterystyka bohaterów i atmosfera - to niezaprzeczalne atuty "Zgody na szczęście". Dlatego też jestem zwyczajnie ciekaw, w którą stronę wiatr wyobraźni i języka Annę Ficner-Ogonowską poniesie dalej.

Przeczytaj wywiad z Małgorzatą Kalicińską.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz