piątek, 9 sierpnia 2013

Oprawca - instrukcja obsługi

Trochę polityki. I to tej najbardziej gorącej, bo irańskiej. Bohaterem - i to nie tylko książkowym - jest autor, Huszang Asadi, który przeszedł przez piekło. 
Teheran
(c) Laurent Loizeau / Foter / Creative Commons Attribution-NonCommercial-NoDerivs 2.0 Generic (CC BY-NC-ND 2.0)
Teraz w książce "Listy do mojego oprawcy" opowiada o wszystkim. Po kolei. Na spokojnie. Choć nie bez emocji.


Huszang Asadi urodził się w 1950 roku w Teheranie. Jest dziennikarzem, pisarzem, tłumaczem. Przed rewolucją islamską w lutym 1979 Asadi pracował w największym irańskim dzienniku "Kejhan". Pisał również o filmie. Na perski przełożył m.in. Gabriela Garcię Marqueza, Mario Vargasa Llosę, T. S. Eliota.

Ale jednak jego działalność nie wszystkim się podobała. W 1983 roku został aresztowany i osadzony w więzieniu Mosztarak w Teheranie. Oskarżono go o szpiegostwo na rzecz brytyjskiego i sowieckiego wywiadu. Został też skazany na śmierć. Przez powieszenie. Karę zamieniono na piętanście lat więzienia. Spędził w nim ostatecznie pięć.

W 2003 roku uciekł z Iranu. Obecnie mieszka i pracuje w Paryżu. "Listy do mojego oprawcy" wywołały wśród czytelników poruszenie, a autor został za nie uhonorowany w 2011 roku Międzynarodową Nagrodą Obrońców Praw Człowieka.

DORWAĆ OPRAWCĘ

"Mówię o torturach" - Asadi zaczyna swoją opowieść konkretnie już w pierwszym zdaniu. I za chwilę pisze o tym, że obok literatury kochał wolność. Mając zaledwie 33 lata, stał się bezbronną ofiarą. Był nazywany "bratem", bo tak się określało w Islamskiej Republice Iranu prawowiernego mężczyznę, ale faktycznie nie był nikim bliskim dla swoich oprawców.

Wśród najstraszniejszych z jego prześladowców znalazł się brat Hamid. "Mój oprawca zamienił młodego idealistę, którym byłem, w istotę wyzbytą godności" - pisze Asadi. Potem spotkali się jeszcze raz. Ktoś przysłał dziennikarzowi e-mail z fotografią i spytał, czy poznaje widocznego na niej człowieka. To był on. Brat Hamid. Pełniący w owym czasie funkcję ambasadora Iranu.

Tak się wszystko w zasadzie zaczęło. I choć lata od czasów skazania Asadiego minęły, to sytuacja w zasadzie jest wciąż ta sama. Nie tylko w Iranie. "W klimacie politycznym obecnych czasów 'Listy do mojego oprawcy' są więc czymś więcej niż tylko relacją jednostki o zadanych jej torturach. Ta książka dotyczy sprawy, która obciąża sumienie ludzkości" - pisał autor w marcu roku 2010. Mógłby pewnie napisać to i dziś.

ZOBACZYĆ GWIAZDY

"Listy..." oparte są na retrospekcji i wspomnieniach. Czas przeszły, ale rozdział nie jest zamknięty. Narrator, zmaltretowany pamięcią, powraca do traumy. Robi coś, z czego zachodni terapeuta były dumny: konfrontuje się z tym, co najważniejsze.
 Drogi Bracie Hamidzie, pozdrawiam Cię znowu, tym razem po dwudziestopięcioletniej nieobecności. teraz, gdy zaczynam pisać, mija równe ćwierć wieku od tamtego wieczoru, w którym po raz pierwszy zdzieliłeś mnie tak, że dzięki Tobie zobaczyłem gwiazdy.
Asadi jednak nie tylko relacjonuje swój stan psychiczny, ale także opisuje warunki w irańskim więzieniu. Zresztą tych sfer nie da się oddzielić. Przenikają się one, a relacja między więzionym a pilnującym przeradza się w dziwnego rodzaju więź, z której trudno się uwolnić. Opisanie jej to zatem jedna z możliwych dróg, która może prowadzić do oswobodzenia i oczyszczenia. Rzeczy nazwane już nie są tak groźne. To, co wypowiedziane - traci swój potworny charakter.

ŚWIAT NA SKRAJU REWOLUCJI

Autor pisze też sporo o swojej przeszłości i kulturze Iranu przed pamiętnym dla niego rokiem 1983. Zdradza, że matka się bała o jego utrzymanie, więc chciała udusić go poduszką. Potem było jeszcze dziwniej, choć dla nas w dużej mierze ta dziwność to raczej odmienność kulturowa. Asadi nie studiował więc Koranu, ale kochał literaturę. Cenił też wolność. Zupełnie - jak się z czasem okaże - niepotrzebnie.

Czarne, Wołowiec 2013.
Z "Listów..." poznajemy Iran od niezbyt życzliwej strony, ale - by nie mieć wątpliwości, o co chodzi - historia opisana w książce to próba wypowiedzenia strachu, rozpaczy, bezsilności. Huszang Asadi namalował historię przygnębiającą, ale nie beznadziejną. Jest tu nie tylko dużo dramatycznie pięknych momentów, ale również wiele fragmentów, które skłaniają do poważnego namysłu nad ludzką naturą. Bo "Listy..." to w gruncie rzeczy pretekst do odpowiedzenia sobie na bardzo uniwersalne pytania o prawa jednostek, które coraz częściej stoją w opozycji do praw ustanawianych przez grupy rządzące.


Przeczytaj także o "Nowym wspaniałym Iraku".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz