poniedziałek, 30 września 2013

Sontag o życiu między słowami

Drugi tom dzienników Susan Sontag David Rieff zatytułował "Jak świadomość związana jest z ciałem". Dobry to cytat, choć, prawdę powiedziawszy, czasem te notatki wydają się zapisem nieświadomości i czegoś, co jest poza cielesnością.
Przeł. Dariusz Żukowski, Karakter, Kraków 2013

Fakt, dramatycznie i fabularnie rzecz biorąc, zaczyna się bardzo cieleśnie. Maria Irene Fornes, niedawna partnerka autorki (drugi tom zaczyna się od roku 1964), to raczej wiele złej energii, która obezwładnia emocjonalnie Sontag. "Nie czerpię z tego żadnych korzyści – żadnej radości, tylko cierpienie. Dlaczego to ciągnę?
Ponieważ nie rozumiem. Nie zaakceptowałam w pełni zmiany, jaka zaszła w Irene. Myślę, że wciąż mogę odwrócić jej skutki – dowodząc, pokazując, że jestem dla niej dobra.
Lecz odrzucić mnie jest dla niej równie konieczne – jak dla mnie konieczne było lgnąć do niej". Szybko jednak, po kilku stronach, dowiemy się, że i inne obszary, a jakże, absorbują narratorkę. "Mam szersze horyzonty jako człowiek niż jako pisarka. (W wypadku niektórych pisarzy jest odwrotnie). Tylko niewielka cząstka mnie nadaje się do przekształcenia w sztukę". Ten rytm, rozważań dotyczących relacji z innymi, i definiowania swojej tożsamości, będzie w tych zapiskach w miarę stały.

Susan Sontag pisze o wszystkim, chociaż często są to dramatyczne zapiski. Zwłaszcza gdy mowa o życiu. Ale, jak słusznie zauważył David Rieff, redaktor dzienników i zarazem syn autorki, na ogół sięga się po pióro w momentach, gdy nie wszystko idzie tak, jak należy. Człowiek pisze, gdy życie nie dostarcza radości ani pozytywnych uniesień. Gdy dzieją się dobre rzeczy, na ogół nie mamy czasu na literaturę. Coś w tym jest i potwierdzą to pewnie wszyscy zajmujący się twórczością. Z drugiej strony po zapiskach Sontag widać wyraźnie, że przygotowywanie się do pisania stanowiło dla autorki niebywałą frajdę. Gromadzenie materiałów, kompletowanie skojarzeń, cyzelowanie tematu - ślady tych działań zachowane są właśnie na kartach dzienników. Nie ma w tym tragedii. Raczej czuje się szczęśliwą krzątaninę.
W czasie, który obejmuje drugi tom, Sontag przygotowuje się do pisania o kampie ("Kamp: ironia, dystans; ambiwalencja (?)"), wciąż kolekcjonuje refleksje dotyczące fotografii, komentuje współczesną literaturę i sztukę, cytuje klasyków czy filozofów (kilka razy Nietzschego)... Czasem ma się wrażenie, że chce podjąć absolutnie każdy temat i przed niczym się nie cofa ("'Les Aphrodites' (3 tomy) – tajne stowarzyszenie seksualne; zbiór opowieści"). Jest w tym sensie Sontag osobą o niezwykle szerokich horyzontach, otwartą, ciekawą i chłonną, a literatura często przenika się u niej z życiem. Albo na odwrót.

Wśród swoich wad - co jakiś czas pisarka tworzy takie listy ("dobre/złe cechy") - Sontag wskazuje na tendencję do zmieniania przyjaźni w relacje erotyczne. To znamienne u niej. I, w postaci metafory, można też chyba rozciągnąć na inne sfery życia. Bo Sontag nie jest obojętna wobec niczego, a gdy zaczyna się czymś interesować, jest w tym nie tylko zaangażowana, ale i niemal gorąca. Wchodzi w kontakty z innymi na 200 procent, z trudem też wyzwala się od przeszłości. Widać to chociażby po tym, jak pisze o swojej matce, z którą - nawiasem mówiąc - nie przestała budować relacji aż do swojej śmierci. "Matka biła mnie w twarz – za to, że się jej sprzeciwiałam, że odpowiadałam na jej zarzuty. Zawsze ją usprawiedliwiałam. Nigdy nie dopuściłam do głosu własnego gniewu, wściekłości".

Na wystawie zdjęć Annie Leibowitz, Warszawa, 1998.  Fot. Anna Beata Bohdziewicz
Lata 1964-1980 to niewątpliwie ważny i burzliwy czas w życiu Sontag. 30-, a potem 40-letnia autorka rozkwita intelektualnie. Pisze wtedy "Zestaw do śmierci", sporo podróżuje (kilka razy oczywiście do Europy), protestuje przeciwko wojnie w Wietnamie. Poznaje też Josifa Brodskiego, który od połowy lat 70. pojawia się w tych zapiskach bardzo często. "Josif [Brodski] powiedział, że gdy zaczynał pisać, świadomie współzawodniczył z innymi poetami. Teraz napiszę wiersz, który będzie lepszy (głębszy) niż wiersz [Borysa] Pasternaka (albo [Anny] Achmatowej – albo Frosta – albo Yeatsa – albo Lowella itd.) A dziś?, spytałam. „Dziś wadzę się z aniołami”". "Josif [Brodski]: „Dla narcyza nie ma nic ważniejszego niż gładka powierzchnia”".

Zapiski w tych dziennikach mają formę inną od tej, do której przyzwyczaili nas Maria Dąbrowska czy Zofia Nałkowska. Nie ma tu charakterystycznej dla prozy w dawnym XIX-wiecznym stylu ciągłości słów, pasaże akapitów nie ciągną się przez wiele linijek. To rzeczywiście są notatki, czasem porwane i skrótowe myśli przez co - rzecz zaskakująca - "Dzienniki" swoją lapidarnością momentami przypominają "Kronos" Gombrowicza. Zarówno Gombrowicz, jak i Sontag, próbują też określić własną tożsamość. Piszą świadomie i często odnosząc się do spraw ciała, choć wydaje się, że zza ich narracji wyłania się duch nieświadomości - czegoś, co jest na skraju życia i literatury.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz