piątek, 18 października 2013

Pamiątki Stasiuka

Andrzej Stasiuk napisał kolejną książkę w drodze. A właściwie: o drodze. Albo ściślej: o tym, że droga jest najważniejsza. I o tym, że jeśli nie my ją, to ona nas w końcu znajdzie. Znajdzie i dopadnie. Jak wilk owcę.

Czarne, Wołowiec 2013.
Droga to symbol. W wielu kulturach. Coś uniwersalnego. Jest ona też specyficznym znakiem rozpoznawczym dla tych, którzy nad cel przedkładają to, co ku niemu prowadzi. W ten sposób droga kojarzy się z czymś ludzkim. U Stasiuka te skojarzenia w sposób oczywisty wiszą nad drogą, która ma swój materialny kształt i wymiar. Nieprzypadkowo książka zatytułowana jest "Nie ma ekspresów przy żółtych drogach", a większość dróg wymienionych w tekście to konkretne oznaczenia - literka i liczba. Można je wszystkie odnaleźć w atlasach, śledząc w ten sposób prywatną mapę podróży pisarza.

Bo ten model tak już ma. Stasiuk jest wiecznie w drodze. Ciągle - to temat przewodni ostatniego z krótkich tekstów, które znajdują się w "Nie ma..." - coś go gdzieś gna. "Ciągnie mnie. Robi się ciepło, dzień się wydłuża i zaraz mnie ciągnie. Na wschód. Nic nie poradzę" - pisze autor. I jest w tym szczery, a dowodem w sprawie są jego notatki.

Stasiuk pisze frazą ostrą i zarazem czule. Jakby rąbał drzewo i równocześnie przyglądał się swojej robocie. Jest autorefleksyjny w sposób, który cechuje filozofów. Odbija się od konkretu - najczęściej jest to jakiś element pokrytego patyną przeszłości obrazu wschodniego albo po prostu element pokryty patyną przeszłości: komunistyczny beton czy stara kobieta wysiadująca - by wznieść siebie, a jednocześnie i nas, gdzieś wyżej, dalej. Nawet jeśli tylko odsuwa nasz wzrok od Warszawy, Krakowa i innych smutnych, zabieganych miast, by przesunąć go ku prowincji, melancholijnej przestrzeni zapomnienia.

Najbardziej czuły Stasiuk musi być więc nie dla ludzi silnych i władczych - tylko dla zwyklaków. Tych pozornie słabszych. Władca i tyran będzie go interesować o tyle, o ile przez pryzmat jego lektur da się opowiedzieć o upadku człowieka. Z kolei laureatka Nagrody Nobla, Herta Muller, postać o dramatycznym życiorysie, czego ślady odnajdziemy w każdej jej książce, śpiewa w aucie Stasiuka. A co? Tego nie napiszę. Żeby skusić Was do sprawdzenia.


Bo warto. Naprawdę warto. Nawet jeśli Stasiuk jest czasem nieufny i zdystansowany do świata - jak zwierzęta, które opisuje. Jest w tej książce kilka poruszających fragmentów dotyczących naszych mniejszych braci i pięknego kontaktu Stasiuka z nimi. O tym, jak na przykład po zapachu zwierząt odnalazł on drogę w ciemnościach. Albo o tym, jak wspaniałymi istotami są owce. Po prostu.

Ludzie - w świetle tych opowieści - wydają się gatunkiem koślawym, złamanym, niedoskonałym, dramatycznym i, w gruncie rzeczy, problematycznym. To nie znaczy, że Stasiuk ich skreśla. Absolutnie nie. Mało tego - człowiek jest w centrum. Ale, by go dostrzec, trzeba najpierw odbudować nas ze zgliszczy przeszłości, tchnień pór roku (zwróćcie uwagę na to, jak "Nie ma..." jest pod tym względem skomponowane), dziwnych przedmiotów, które dotknięte przez człowieka, często niepokoją. Jak niepokoi znaleziony gdzieś w szpargałach kiedyś niepotrzebny przedmiot - a teraz najdroższa pamiątka, która odsyła nas do momentu z przeszłości. 

1 komentarz:

  1. Tak, Stasiuk wpaniale przypomina, zwraca nasza uwage o tym co po prostu JEST, ISTNIEJE wokół nas, a czego nie dostrzegamy w zabieganym życiu naszym. Robi to cudownie. kojąco i czule. I nie przeszkadzało mi to, że momentami sie powtarzał.

    OdpowiedzUsuń