poniedziałek, 16 grudnia 2013

Choroba jako doświadczenie, o którym nie umiesz zapomnieć

Co słychać u Pilcha? W zasadzie to bez zmian. Świat się kręci wokół śmierci.

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014.
Kręci się. Ale, oczywiście, nie od razu, nie wprost, nie bez ironii, ani cytatu, czy zasłony dymnej w postaci języka, zdań rozbudowanych, składni pomnożonej, słów dodanych, powtórzeń - całego tego Pilchowskiego splendoru językowego. Bo Pilch to ciągle Pilch - ów rozpoznawalny styl i rytm, który czuje się nawet w pojedynczych słowach, które funkcjonują jako osobne zdania. W ten sposób osobliwa melodia tego autora jest już słyszalna od pierwszej strony, początkowego akapitu, ba, od okładki, na której autor "Pod Mocnym Aniołem" i "Wielu demonów" zalotnym spojrzeniem patrzy na swoich czytelników.

A skoro o zdjęciu okładkowym mowa, na którym Pilch z papierosem... Lekturę całości można zacząć od znakomitego tekstu o paleniu, który to fragment zaleca się wszystkim czytającym i piszącym, bo ci - jak wiadomo - często z paleniem mają problem. Oczywiście palą nie tylko i wyłącznie pisarze i czytelnicy, ale tylko oni będą potrafili docenić kunszt pisania o paleniu i rzucaniu palenia, o tej wielkiej martyrologii tytoniowej, tęsknotach i melancholii, jaką uprawia Jerzy Pilch czy Andrzej Stasiuk w znakomitej książce "Nie ma ekspresów przy żółtych drogach". "Myślę, że papieros ma smak bardziej intensywny, kiedy jest ostatni - czytamy u Pilcha. - Inne także mają swój specjalny smak, ale mniej intensywny. Aromat ostatniego podsyca uczucie zwycięstwa nad sobą i nadzieję na zdrowie i siłę w najbliższej przyszłości".

W porządku. Ten fragment o papierosach brzmi bardzo ładnie w swojej przewrotności. Zwłaszcza, że papierosy, nałóg potworny, straszny i tak pociągający, jest ponazywany po imieniu. Z charakterystycznym wydechem. Ale co z innymi nałogami? I co z potworami? Na przykład z taką Chorobą?

O, Choroba! Choroba, ta z dużej litery pisana, to duży temat. I ciężki. Co rozumie samo przez się. Czy opowiadanie o niej, po milion razy wypowiadanie bólu, pokazywanie różnych jego odcieni, świateł i innych - czy to cokolwiek oswaja? Czy ból nazwany jest bólem mniejszym przez to, że się wypowiedziało go i przynajmniej w środku tak nie gryzie? Terapeuci powiedzieliby: że owszem, że tak, że jest coś na rzeczy. W tym sensie Pilchowskie zapiski - dziennik z Choroby przecież - to rodzaj autoterapii. Odczarowywania czegoś, co nieponazywane jest straszne, a nazwane...

No właśnie. Czy Choroba staje się lżejsza przez to, że o niej się rozprawi tak długo w sposób iście Pilchowski? Że o niej się opowie na rożne sposoby, wplatając w to rozmaite leitmotivy znane z tej pamiętnikarskiej (i nie tylko) twórczości. Na przykład babkę Czyżową? Albo jego rodzinna Wisła? A Hoża w Warszawie, jako nieruchomość - w kontekście fizycznej niedyspozycji tak bardzo dwuznaczna? Nie wspominając oczywiście o całej plejadzie autorów - z Camusem, Cioranem, Mannem, Flaubertem czy Dostojewskim na czele (swoją drogą: chwała Wydawnictwu Literackiemu, że nie skąpi na indeksach nazwisk i przy takich publikacjach umieszcza stosowny spis).

Więc czy, że tak powrócę do głównej myśli z poprzedniego akapitu, Choroba przez wielokrotne i wielostronne opowiedzenie o niej staje się lżejszą czy wręcz przeciwnie? Otóż u Pilcha na próżno szukać jednoznacznej odpowiedzi na tak sformułowane pytanie. U Pilcha, jak to u Pilcha, opowieść jest zresztą obowiązkiem, który należy podjąć nie dlatego, że motywacja jest przyjemnością, ale dlatego, że opowiadanie przynależy do etosu, który charakteryzuje egzystencję. A ta bywa czasem ciężkim doświadczeniem, przepełnionym z pewnością słowem, refleksją, lekturą wieloraką, solidną, przyprószoną humorem, jak najbardziej, ale jednak dotkliwą. Jakby śmierć czaiła się gdzieś bardzo obok.

Ciężko o tym wszystkim mówić czy pisać. Ale jeszcze ciężej - milczeć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz