wtorek, 11 marca 2014

Jennifer Teege: "Zrobiłam dobrze. Wiem o tym"

Ta historia jest prawdziwa! Dziadek Teege to Amon Göth, brutalny komendant obozu koncentracyjnego oraz "kompan od kieliszka" Oskara Schindlera.


Schindlera znamy z filmu Stevena Spielberga. W przeciwieństwie jednak do wybawcy Żydów Göth był bezwzględnym zabójcą. Okrutnym, potwornym i wręcz diabolicznym. Osobą, której nie chce się mieć w swoim otoczeniu - a co dopiero w rodzinie...

Gdy więc Jennifer Teege w wieku 38 lat dowiedziała się prawdy o swoim dziadku, przeżyła szok. Ale to stało się też początkiem fascynującej podróży w przeszłość - nie tylko osobistą. Jej podsumowaniem jest książka "Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił".

Autorka podczas pobytu w Polsce, luty 2014.
Marcin Wilk:  - Wydaniem tej książki zamknęłaś coś w swoim życiu raz na zawsze? Czy, wręcz przeciwnie, otwarłaś nowe rozdziały?

Jennifer Teege: - Jedno i drugie. Na pewno nie powiedziałabym, że sprawa jest zamknięta. Jeśli spojrzeć na tę książkę z szerszej perspektywy, jako na księgę życia, to wciąż pozostały niezapisane strony. Mam 43 lata i nie wiem, co czeka za rogiem. Żyję nadziejami na coś jeszcze. Powiedziałabym więc, że jestem raczej po środku. Coś zamknęłam, coś wciąż jest otwarte.

- Twoja historia zaczyna się od momentu, kiedy otwarłaś książkę o swojej mamie. I dowiedziałaś się prawdy. A później zdecydowałaś się o tym powiedzieć światu.

- Gdy moja książka się ukazała i poszła w świat, to było jak narodziny dziecka. Najpierw byłam w ciąży. Myślałam o całej sytuacji. Miałam wtedy jeszcze pewną kontrolę. Potem jednak moje "dziecko" wyszło na świat. Dorastało, usamodzielniało się. Ono teraz egzystuje samo.

- I czujesz, że to była dobra decyzja?

- Oczywiście. Ciągle się z nią identyfikuję. Nie odcinam się od tej historii.

- Wydanie książki sporo zmieniło w Twoim życiu?

- I tak, i nie. Wydawało mi się, że bardzo ważne jest, by się podzielić tą opowieścią z innymi. Uwielbiam w ogóle się komunikować z ludźmi - dlatego pracowałam jako dziennikarka i zajmuję się reklamą. Swoją książką, tak przynajmniej uważam, nie przekroczyłam pewnej granicy. Choć oczywiście w dużej mierze ona odsłania mnie, to zachowałam prywatność. Nigdy nie zaprosiłam dziennikarzy do domu.

- Doskonale to rozumiem. Z drugiej strony Twoją książkę czyta się jako autoterapię. I wydaje się, że jednym z najważniejszych słów jest "prawda". Zgadzasz się?

- Absolutnie. Prawda, nawiasem mówiąc, nie jest najważniejsza dla wszystkich. To jest niby oczywiste, ale ja to odkryłam raz jeszcze. Nie wszyscy chcą wiedzieć. Reakcje na książkę były raczej pozytywne. Chociaż niektórzy pytali mnie, dlaczego tak bardzo siebie odsłoniłam. Szanuję oczywiście ich opinię, ale nie zgadzam się. Zrobiłam dobrze. Wiem o tym.

- Jesteś dzielna!

- Wiele osób tak mówi. Ale nie ja. Raczej to była ciekawość niż odwaga. Chciałam także skłonić innych do tego, by zaczęli badać dzieje swojej rodziny. A także swoją historię.

Twoja - nauczyła Cię czegoś?

- Na przykład tego, że nie ma prostych rozwiązań. Wszystko jest skomplikowane i tworzy pewien kompleks - z tej perspektywy należy oceniać rzeczywistość.

- W książce piszesz, że odkrycie historii wyleczyło się z depresji.

- Tak właśnie się stało. Myślę, że chodziło o zrozumienie źródeł mojego smutku, a ta historia podsunęła coś bardzo konkretnego. Wcześniej nie umiałam właściwie ocenić swojej egzystencji. Często zaniżałam samoocenę. Nie wiedziałam przecież do końca, kim naprawdę jestem. Nie biorę też pewnych spraw osobiście.

- Masz większy dystans?

- Nie. Ale na przykład moja mama nie chce się ze mną kontaktować. Długo nie umiałam sobie z tym poradzić. Wcześniej uważam, że wina leży po mojej stronie. Męczyłam się, myśląc że zrobiłam coś złego i nie zasługiwałam na miłość mamy. Teraz wiem, że ona ma swoją własną ścieżkę życiową. I swój własny sposób widzenia rzeczywistości.

- Po tym wszystkim, co przeszłaś, zmieniła się Twoja definicja "rodziny"?

- Rodzina to korzenie; ci, którzy przynieśli cię na ten świat. I ta biologiczna więź pozostaje na całe życie. Ale potem zaczynasz wybierać sobie samemu bliskich znajomych, przyjaciół. Dla mnie to grono tworzy drugą rodzinę. Oni dają mi poczucie bezpieczeństwa, komfortu, akceptacji, troszczą się o mnie.
Rodzina dzisiaj dla mnie odnosi się do ludzi, których ja kocham i którzy kochają mnie. To także ludzie, którzy znają mnie i których ja dobrze znam.

A dom? Co on dla Ciebie znaczy?

- To miejsce, w którym czuję, że mogę odpocząć i być naprawdę sobą. Możesz czuć się tak u siebie samej, możesz czuć też atmosferę domu wśród bliskich ci ludzi. Ja tak mam.

Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.
- Rozumiem, że nie czujesz się już winna na przykład za swoją babkę, żonę Amona?

- Czułam się winna. Kiedyś. Bo nie słuchałam wystarczająco siebie. Ale wtedy poczucie winy wiązało się z tym, co inni ludzie pomyślą o mnie. Często miałam wyrzuty za bliskich. Ale jakiś czas potem zrozumiałam, że nie mogę wziąć pełnej odpowiedzialności za to, co zrobili moi przodkowie.

2 komentarze: