środa, 13 lipca 2016

Rozpoznać ten palący wzrok

ELIZABETH STROUT w sposób minimalistyczny i precyzyjny opowiada o najważniejszych i zarazem najtrudniejszych sprawach w życiu: wstydzie i akceptacji, odrzuceniu i zrozumieniu, pretensjach i wybaczeniu. 


Lucy Barton, główna bohaterka książki "Mam na imię Lucy", nie miała łatwej drogi. Urodzona na prowincji, w biednym domu, długo nie czuła się szczęśliwa i spełniona.

Wszystko wraca do Lucy, gdy jest zmuszona na jakiś czas zostać w szpitalu. Ta sytuacja stanowi fabularną osnowę powieści. 

Oto poznajemy bohaterkę przykutą do łóżka. Pomiędzy kolejnymi zabiegami jest dużo czasu na rozmyślania i wspomnienia. Będzie także okazja do tego, by się spotkać z mamą. Ta bowiem odwiedza córkę. Rozmowy, a czasem milczenie, będą przeplatane pretensjami. Trzeba będzie się z nimi skonfrontować. 

***

Siłą tej książki jest jej czułość i zwyczajność. STROUT pisze prostymi, pojedynczymi zdaniami. Nie udziwnia, nie ucieka w metafory. Wrażliwa jest za to na szczegół i słowo. Jednocześnie wydaje się łapać w te swoje proste zdania najbardziej skomplikowane prawdy o życiu. Jak na przykład tę ujętą w tym stwierdzeniu, które odnosi się do nieprzyjemnych uwag, jakie ludzie czasem sobie czynią:
>> "nagle jedna drobna wypowiedź - i schodzi z ciebie całe powietrze".
"Mam na imię Lucy" to także książka o literaturze, pisaniu i książkach, które czasem ratują nam życie. Sama Lucy dojrzewała nie tylko do tego, by odejść pierwszego męża, ale i by zająć się pisaniem. Wspomnienia dotyczące drogi, jaką musiała przejść, by zacząć snuć swoją opowieść, to osobny, bardzo ważny wątek tej prozy.  

***
>> "Wszelkie życie mnie zadziwia"
- tak brzmi ostatnie zdanie tej książki. 

Równie dobrze mogłoby być ono pierwszym. 

"Mam na imię Lucy" to piękna i mądra opowieść o szukaniu języka dla własnej historii, która od głośnych i gorliwych przemówień woli spokój pojedynczych słów.
Przeł. Bohdan Maliborski,
Wielka Litera, Warszawa 2016.

3 komentarze: