piątek, 15 grudnia 2017

Łukasz Orbitowski: "Jestem piewcą jednostkowego losu"

"Uchodźcy to wielki temat, tymczasem ja nadaję się wyłącznie do tematów małych. Jestem piewcą jednostkowego losu" - mówi ŁUKASZ ORBITOWSKI, prozaik, autor wydanej właśnie powieści "Exodus".

ŁUKASZ ORBITOWSKI
Fot. Aga Krysiuk
MARCIN WILK: Skąd pomysł na taką książkę?  

ŁUKASZ ORBITOWSKI: Trudno mówić o inspiracji, aby zbyt wiele nie zdradzić: po prostu mam długą i mocną zażyłość ze stratą. Wyobraziłem sobie miękkiego człowieczka z wielkomiejskiej bańki, który nagle porzuca wszystko i ucieka. Życie jako lont, iskra nieszczęścia i bum! Po życiu. I tak to poszło.

Potem pomyślałem o największej, najstraszniejszej stracie jaka może spotkać człowieka i już wiedziałem o czym będę pisał. Pozostało wymyślenie samej podróży i rzeczywiście, na początku chciałem poddać się przypadkowi, wsiąść do pierwszego lepszego pociągu, potem do kolejnego i kolejnego, a potem zrozumiałem, że książka to nazbyt poważna sprawa aby powierzać ją przypadkowi. Zacząłem dokładnie planować trasę i raptem okazało się, że zamiast planowanej, wielkiej powieści o Europie wychodzi mała książeczka o Bałkanach.

Ale mój Janek też jest człowiekiem niewielkiego formatu. Tak lepiej.

Skoro wywołałeś Janka - domyślam się, że tworzenie bohaterów to w pewnym sensie sprawa techniczna, ale może nie? Bo też myśląc o Twoim bohaterze, trapiło mnie, w jakich pozostawaliście relacjach - tzn. Ty-autor i Twój bohater. Charakterologicznie to chyba dwa bieguny. Łatwiej czy - wręcz przeciwnie - trudniej się pisze o kimś tak różnym?

Cóż, nie miałem żadnej relacji z Jankiem, z tego względu, że ja żyję a on nie. Nigdy nie żył, jest kompletną fikcją, zbiorem cech zapożyczonych ze świata.

Myślałem o tych trzydziestoparolatkach, którzy wciąż mieszkają z rodzicami, bo tak wygodniej. Bo mają uprane i żarcie poddane pod nos. Mnie zawsze wołało życie, wchodziłem do chaszczy i jam, tymczasem Janek taki nie jest i w tym sensie pisałem go na kontrze do siebie samego. Myślałem, jak zachowałbym się w określonej sytuacji, więc Janek musiał postąpić odwrotnie.

Ale sprawa była nieco bardziej skomplikowana. Jestem mocnym facetem, pisałem o słabym. Musiałem uwolnić się od pogardy dla słabości i poszukać jej piękna, znaleźć jakiś urok w tej kruchości męskiej pizdy. Niewątpliwie, Janek jest uroczym człowiekiem.

Fot. Aga Krysiuk
Jak wyglądał research? Gdzie pojechałeś? Do jakich teczek archiwalnych musiałeś zajrzeć?

Jak zwykle musiałem sprawdzić mnóstwo różnych rzeczy. Pojechałem do Berlina, do Słowenii i Grecji – zwłaszcza ten ostatni etap był przyjemny. Leżałem na plaży, napychałem się kalmarami i wlewałem w siebie litry wina, ciesząc się do tego towarzystwem pięknej kobiety – ten rodzaj męczarni twórczej jestem skłonny zaakceptować.

W Lublanie i Berlinie włóczyłem się od rana do nocy, bez wyraźnego celu. Szukałem guza albo kielicha. W tym kontekście pisarstwo zbliża się do łajdaczenia się w najlepszym sensie tego terminu.

Poza tym rozmawiałem z ciekawymi ludźmi. Z rybakami o rybołówstwie. Z bezdomnymi o głodzie tak strasznym, że tnie brzuch.

To ostatnie dość straszne, tymczasem chciałem się podzielić tym, że dość przyjemnie czytało mi się retrospekcje. Uświadomiłem sobie, że cofasz mnie niemal o 20 lat. Trochę to przerażające. Taki powrót robił coś w Tobie? Obudził sentymenty? A może sprawił, że ucieszyłeś się, że jesteś w czasach, w jakich jesteś?

Zdecydowanie bramka numer dwa.

Nie mam żadnych sentymentów względem przeszłości, czy nawet siebie samego. Byłem okropnym nastolatkiem, trzydziestolatkiem chyba jeszcze gorszym, a teraz, w wieku lat czterdziestu czuję się pogodzony ze sobą i światem. Nie mam też problemu z tym, co nadchodzi, że czasu coraz mniej. Życie jest w porządku.

To samo, w jakimś sensie, mógłbym odnieść do Polski.

Zdaję sobie sprawę z problemów, z jakimi zmaga się nasz kraj. Większość ludzi wciąż zarabia poniżej dwóch tysięcy za rękę. Mniejsze miejscowości są wykluczone komunikacyjnie. Wobec kondycji naszej służby zdrowia trumna wydaje się kuszącą perspektywą. I tak dalej, worek z niedociągnięciami i mankamentami przypuszczalnie nie ma dna, ale zwróć uwagę, jak wiele się zmieniło od wczesnych lat dwutysięcznych, kiedy zaczyna się moja książka. Kasa, jakość życia, różnego rodzaju drobiazgi, jak choćby przyzwyczajenia kulinarne – wszystko ruszyło do przodu.

Podam ci przykład. W moim bloku są niemal sami młodzi ludzie. Rodzice kupili im mieszkania na okoliczność studiów. Przypominam sobie swoje własne studenckie lata. Gdzieżby tam komu rodzice kupili mieszkanie w Krakowie. Tego rodzaju podstawowe dobro znajdowało się poza zasięgiem mojego pokolenia. Brakowało pieniędzy.

Jestem daleki od polskiego malkontenctwa. Rozwijamy się, ale po swojemu. Dwa kroki wprzód. Jeden do tyłu.

Łukasz ORBITOWSKI "Exodus"
Wydawnictwo SQN
Kraków 2017
Wróćmy do jednego z wątków Twojej książki. Zastanawiałem się, czy nie przyszło Ci do głowy napisać powieści o uchodźcach po prostu? Myślisz, że byłoby to możliwe - tzn. czy byłbyś w stanie udźwignąć obecnie taki temat?

Nie, nie mógłbym.

Mówię serio.

Po pierwsze, nie jestem reporterem i nie zamierzam nim zostać. Mamy w Polsce znakomitych reportażystów. Weźmy Tochmana albo Justynę Kopińską. Nie jestem samobójcą i nie zamierzam się z nimi ścigać.

Pozostanę przy tym, przy czym jestem dobry, mianowicie przy pisaniu fikcji. Uchodźcy to wielki temat, tymczasem ja nadaję się wyłącznie do tematów małych. Jestem piewcą jednostkowego losu. I taki jest też mój Janek. Mały, malusieńki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz