czwartek, 18 lipca 2013

Nike: nominacje: Tadeusz Sobolewski || Plac Dąbrowskiego 7/13

Dla wielbicieli Mirona Białoszewskiego rok 2012 był szczególny. Z dwóch powodów. Bo, po pierwsze, ukazał się jego długo wyczekiwany "Tajny dziennik". A, po drugie, światło dzienne ujrzał rodzaj biografii Białoszewskiego napisanej przez Tadeusza Sobolewskiego. "Człowiek Miron" (Znak, 2012). Opowieść niecodzienna. Bo dotykająca niecodziennego człowieka. Choć przecież tak w codzienności domkniętego.


Wiosną roku 1970 Tadeusz Sobolewski, lat 23, szedł na plac Dąbrowskiego (7/13), gdzie mieszkał Miron Białoszewski, lat 48. Jeden przyszedł tylko po autograf, drugi był już uznanym poetą, twórcą, autorem "Pamiętnika z powstania warszawskiego".

Jak Tadzio przyszedł, tak został. Trzynaście lat. Aż do roku 1983, momentu śmierci Mirona.

Książka "Człowiek Miron" jest hołdem złożonym tej przyjaźni. To nie biografia, od razu zaznaczam. To rodzaj rozbudowanego i czułego wspomnienia, w którym oczywiście głównym bohaterem jest Miron Białoszewski. On, a w zasadzie aura, jaką wokół siebie roztaczał. I jeszcze ktoś.

Miron w pewnym sensie zagrażał mojej płynnej tożsamości siłą swego przyciągania. Dziś myślę o nim i jego twórczości inaczej niż wtedy: ten najbardziej „wsobny” z polskich poetów jest nie tylko „dla siebie” – on jest cały dla nas, dla innych, w tak wielkim stopniu jak żaden z jego współczesnych.
Jakie z tego płyną konsekwencje? Ano takie, że w książce na równi obok Białoszewskiego poznajemy i Sobolewskiego. Autor wciąga swoją biografię, także swój czas, w strukturę i narrację opowieści. Drugi rozdział jest więc rozliczeniowy ("Donos na Mirona"), kolejny nawiązuje do słynnej książki ("Pamiętnik z powstania"), następny do legendarnego miejsca zamieszkania ("Plac Dąbrowskiego"). I tak dalej.

Sobolewski próbuje zbliżać się do Mirona ostrożnie, choć przecież od pierwszego momentu jest wciagnięty weń maksymalnie, jak się tylko da. Bez reszty. Poeta absorbuje go wielostronnie, otwiera nowe przestrzenie, uwrażliwia. Wchodzi w jego życie.

Wyzwalając się spod wpływu Mirona, dochodziłem do tego, że „między jego tłem a moim nie ma nic wspólnego”. Ale ostatecznie to on odniósł zwycięstwo nad nami, otaczającymi go „młodymi”, tak jak wcześniej zwyciężał ze swymi dawnymi przyjaciółmi twórcami: Swenem Czachorowskim, Ludwikiem Heringiem, Leszkiem Solińskim. Jego pisanie weszło głęboko w świadomość nas wszystkich, tych, którzy go znali, i tych nowych, młodszych, którzy go czytają, wystawiają, którzy dziś o nim piszą.
Obrzędy towarzyskie prawie jak liturgie, eksperymenty Mirona-aktora - na scenie literatury i życia, choroby, które zawsze, gdy myślimy o literatach jakoś budzą (pewnie teraz wielu Wam przyjdzie na myśl "Kronos" Gombrowicza). Całe to tak zwane życie artystyczne. W szerokim tych słów zakresie.

Leszek Soliński (c) muzeumzarnowiec.pl
Dużo tu wspomnień - nie tylko Sobolewskiego. Czasem bez sentymentów. W rodziale o Leszku Solińskim, wieloletnim partnerze Białoszewskiego, znajdziemy następujący akapit:

W połowie lat siedemdziesiątych, po pierwszym zawale, Miron decyduje się wreszcie, po siedemnastu latach wspólnego mieszkania, rozstać z Leszkiem. Załatwia dla niego przydziałową kawalerkę na Saskiej Kępie, tzw. Chamowie. Leszek początkowo się godzi, po czym popada w depresję. Leży bez ruchu w swojej kuchni-saloniku. Nie chce się wynieść z placu Dąbrowskiego. Miron swoim zwyczajem ustępuje. Leszek wstaje wtedy z łóżka, organizuje przeprowadzkę. Pomagamy mu w tym i my. Przenosimy na Lizbońską pojedyncze rzeczy z placu Dąbrowskiego. „Malina jeszcze była znośna – donosił Leszek Mironowi. – Ale Tadek okropny”.
"Człowiek Miron" to odważna książka. Sobą pisana. Sądzę, że Białoszewskiemu by się spodobała.

O Białoszewskim czytaj również w notce o "Chamowie".

Czytaj też o innych tytułach nominowanych do Nike 2013:
> "Morfinie" Szczepana Twardocha,
> "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator,
> "Historii niebyłej kina PRL" Tadeusza Lubelskiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz