sobota, 24 sierpnia 2013

Dean Koontz: Dom śmierci || co 38 lat...

Już za chwilkę, już za momencik czeka nas premiera kolejnej książki Stephena Kinga "Doktor Sen". Jest ona zapowiadana jako kontynuacja słynnego "Lśnienia". Przekonamy się o tym niebawem pewnie. Na razie jednak mamy kolegę Kinga z księgarskiej półki, czyli Deana Koontza, który w Polsce podsuwa do czytania "Dom śmierci" (Albatros/Kuryłowicz, 2013).


Nazwa luksusowego apartamentowca Pandleton pochodzi od jego fundatora, milionera Andrew Pandletona. Kiedyś wyjątkowa posiadłość była prywatną rezydencją, ale po tym, jak milioner oszalał i popełnił samobójstwo, a jego rodzina zniknęła - status budynku się zmienił.

Budynek wzniesiono w roku 1889. Od tego czasu, dokładnie co 38 lat, dzieje się coś bardzo dziwnego i niepokojącego. W 1935 roku dokonano tu morderstwa. Zginęło wtedy, bagatela, 16 osób. Podczas prac budowlanych w 1973 roku w tajemniczych okolicznościach zniknął jeden z robotników. Co się stanie w roku 2011?



Książka Koontza zaczyna się niepokojąco, ale nie dlatego, że czyha śmierć. Earl Blandon, były senator USA, wraca nieco późno do domu. "Pijany i rozgoryczony, z nowym tatuażem: dwoma wulgarnymi słowami wypisanymi niebieskimi drukowanymi literami na środkowym palcu prawej dłoni". Zaraz potem poznamy nocnego stróża, Normana Fixxera, z którym się Earl nie lubią. Co dalej?

Pisarz powoli wprowadza nas w swój świat, który - jak wiadomo - elektryzuje wiele milionów czytelników na całym świecie. Symbolicznie zamknięta, murami apartamentowca, przestrzeń urasta do przerażającego pola dla psychicznej pętli, która zaciska się na szyi bohaterów. I od rozplątania której zależą losy świata. Słowem: Koontz nadal w formie.

Sprawnie napisana, z dobrze nakreślonymi charakterami i sensownym rozkładem akcentów wewnątrz fabuły, przyjemnie rozczłonkowana na mniejsze opowieści (co, rzecz jasna, ułatwia znacząco lekturę) - słowem dobra lektura na weekend czy do podróży.

Przeczytaj także o książce Miniera "Krąg".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz