czwartek, 5 września 2013

Dwieście tysięcy bezpańskich psów

Podróży w literaturze i z literaturą ciąg dalszy. Jakoś tak się składa. No ale nie może być inaczej, skoro do moich rąk trafia prosto z drukarni "Bukareszt" (Czarne, 2013) Małgorzaty Rejmer.

Bukareszt nocą
(c) marcbi91 / Foter / CC BY-NC

Rejmer zrobiła duże wrażenie swoją powieścią "Toksymia" nominowaną do Nagrody Literackiej Gdynia. Od wydania książki minęło kilka lat, w międzyczasie autorka spędziła trochę czasu - prawie dwa lata - w Rumunii. Z fascynacji krajem i kulturą kraju zrodził się pomysł pisania doktoratu o kinie rumuńskim, a także książki o Bukareszcie. Książki pociągającej, ale i nie zawsze łatwej. Zupełnie jak miasto, bohater tekstu.
>> Bukareszt jest jak ciastka, które kupowałem zawsze w niedzielę dla mojej rodziny, gdy tam mieszkaliśmy. Niby czekoladowe i słodkie, ale z gorzką polewą. Bukareszt jest słodko-gorzki. Nie znajdzie się w nim łatwego piękna.
Tak o mieście mówi profesor Kazimierz Jurczak, rumunista. Jeden z wielu rozmówców Rejmer, która wypowiedzi swoich bohaterów wplata wielokrotnie w tekst. W rozmaitych kontekstach.

Bo książka Rejmer o Bukareszcie jest jak kolorowy wachlarz. Mozaikowa wręcz - żeby być bliżej kultury południowego-wschodu. Choć zaczyna się, można powiedzieć, bardzo zwyczajnie. Od wprowadzenia do tymczasowego mieszkania. Realia oczywiście są zupełnie inne niż te zapowiedziane. Cztery metry zamiast obiecywanych szesnastu, ciasnota i inne brudne drobiazgi okażą się symboliczne. Oto bowiem lektura i teoria zderzają się z rzeczywistością i praktyką. Kurz i krew - podtytuł - celnie określają zmysłową i dwuznaczną aurę, w jakiej porusza się Rejmer.

Pierwszych kilkadziesiąt stron, a może nawet i połowa książki, poświęcona jest zresztą fenomenowi historycznemu, o którym z fascynacją za jakiś czas będą się przyglądać nie tylko historycy (bo to temat, jak sądzę, doskonały i dla twórców rozmaitych innych narracji), czyli Nicolae Ceauşescu. Postaci tyleż mrocznej, co absurdalnej, która marzyła, by zostać drugim Stalinem. Jaki kraj, taki Stalin - powiedziałby ktoś bardzo z boku, ale Rejmer ze zdystansowaną czułością pomieszaną ze zwykłą ciekawością przygląda się typowi. Ludzkiemu też. I przypomina np. o prywatnej linii metra dla lokalnego władcy.

Ciekawą, swoją drogą, formę wybrała Rejmer, pisząc o tym kawałku historii rumuńskiej. Jak na kulturoznawczynię przyszło autorka nie zignorowała ludowych przekazów. I populistycznych obiegów. W postaci, na przykład, dowcipów. 

Nicolae i Elena wracają helikopterem z podróży zagranicznej.
- Ach, jakie mamy piękne rzeki - zachwyca się Elena.
- To nie rzeki, to drogi - odpowiada Nicolae.
Pilot odwraca się:
- To nie drogi, to ludzie w kolejkach.
Jest też w tej książce sporo o współczesności. Na przykład o kwestii bezdomnych psów, które napadły raz na pisarkę, gdy ta jechała na rowerze. Było groźnie. Tak wynika z opisu. Ale czy to psy są rzeczywiście aż takim zagrożeniem czy ludzie, którzy się ich boją i ci, którzy czynią je bezdomnymi? - przy tym rozdziale, uczciwie piszę, uwaga czytelnika, który raczej zalicza się do grona "obrońców zwierząt", trochę się wyostrzała.

Tępiła się natomiast, gdy była mowa o innej bezdomności. Bo Rejmer - jak pokazała scena z bezdomnym, który zaatakował narratorkę - potrafi także w chwilach grozy zachować ogromny dystans podlany humorem. Doskonałym zresztą.

No ale, jako się rzekło, "Bukareszt. Kurz i krew" nie jest wcale książką jednorodną. Różne tu panują nastroje, różne gatunki, różne tonacje. Historia miesza się z teraźniejszością. Sprawy wagi państwowej z prywatnymi. I tak dalej.

Czarne, Wołowiec 2013.
Jeśli tak wygląda różnorodność w praktyce, to dla mnie ta książka jest doskonałą rekomendacją dla miasta. Wiecie może, jak tam najlepiej dojechać z Krakowa?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz