piątek, 11 kwietnia 2014

Bez planu

Jak czytać "Leksykon miast intymnych"? Najlepiej bez map i bez przygotowania. Podążając za głosem intuicji.


Przestrzegają przed tym wszyscy: miejsc związanych z życiem nie należy czytać alfabetycznie. Ani w zgodzie z tym, co szkicują popularne przewodniki. Zdarza się bowiem nader często, że autor A. rodzi się w miejscowości Ż., a ulubioną przestrzenią M. jest zakątek B. O którym to zakątku zresztą ani słowa w żadnych oficjalnych pismach. Dlatego też "Leksykon miast intymnych" Jurija Andruchowycza nosi podtytuł "Swobodny podręcznik do geopolityki i kosmopolityki", ironicznie odciągając nas od wszelkich reguł - nie tylko szkolnego poznawania rzeczywistości, ale też i czasem dobrego wychowania.

Weźmy na przykład K jak Kraków. Wawel wydaje się narratorowi "chrupiący i cukierkowy", a katolicyzm jest rozważany z perspektywy średniowiecza. Mało tego, miasto jest postrzegane tu z, ciekawej - nawiasem mówiąc, perspektywy karnawału, a na domiar złego pojawiają się smerfy. Czyli generalnie kierunek, w którym dumni ze swojej królewsko-stołecznej przynależności mieszczanie, niechętnie by siebie postrzegali.

Ale Andruchowyczowi wolno więcej. Nie tylko dlatego, że jest nicponiem wyobraźni, który przekręci widokówki ze znanymi miejscami w taki sposób, że już samemu się nie wie, co jest prawdą a co zmyśleniem. Andruchowycz mówi wszak o wolności, która prowokuje do tego, by to, co osobiste przeplatać z tym, co publiczne. I tasować jak się komu podoba.

Dlatego Atenom poświęcony jest kawałeczek tylko strony, podobnie jak i Budapesztowi. Zupełnie inaczej zaś jest w przypadku Czerniowców, a tym bardziej Berlina, któremu autor pozwolił się solidnie rozlać na kilku, jeśli nie kilkunastu nawet stronicach. Sporo jest o Guadalajarze (znacie? byliście?), zupełnie mało o Jerozolimie. Kijów oczywiście rządzi, ale już nie Londyn. O Lwowie, a właściwie o kilku Lwowach znów na wielu stronicach. Moskwie trzeba było poświęcić trochę miejsca, ale i tak więcej jest o Nowym Jorku. Co jeszcze? O czym jeszcze? Szybko sprawdzamy, czy jest Warszawa. Jest. Nawet dość sporo.

Czarne, Wołowiec 2014.
Oto jak wyglądałby skrótowy przegląd tego katalogu miast i miejsc. Nic z niego nie wynika i nic nie wyniknie - a zwłaszcza wtedy, kiedy zdecydujemy się na czytanie po kolei, po bożemu, strona po stronie. Lepiej w wypadku tej księgi zataczać kręgi - jak sęp krążyć nad ulubionym miejscem, by wybrać sobie upatrzoną z góry ofiarę, albo jak bóbr - podgryzać trochę z tego lub owego. Wszystkie chwyty dozwolone. Także te poniżej pasa, bo świat w tych okularach mieni się nie raz, nie dwa - erotycznie. I - co znamy z innych książek Andruchowycza i które kochamy oraz cenimy - momentami bardzo absurdalnie. Że aż nie wiadomo, jaką tu namalować puentę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz