wtorek, 6 maja 2014

Ogród w stylu ukraińskim

Kiedy bierzecie teraz do rąk książkę o Ukrainie napisaną przez Ukraińca, też towarzyszy Wam TO dziwne uczucie?


Co to jest? Dreszcz? Raczej nie. Dreszcz to emocje, ale jeśli coś miałoby się zaraz stać. Najlepiej ekscytującego. Nie, to nie to. Może bardziej pewien rodzaj ciekawości? Trochę tak. Ukraina, odkąd stała się w mediach tematem numer jeden, chce być poznawana. Pragniemy wiedzieć więcej. Jak tam jest? Skąd oni są? Jacy są? Dokąd zmierzają? Kusi nas, by poznać najbardziej to, o czym w gazetach nie napiszą.

Tak właśnie zatytułowana jest książka Tarasa Prochaśki, dziennikarza i pisarza, z wykształcenia botanika.Ten ostatni fakt być może nie pozostaje - w kontekście jego najnowszego tomu prozatorskiego - bez znaczenia. Prochaśko jest bowiem botanikiem prozy, a to zobowiązuje nie tylko do pielęgnacji rodzimego ogródka, ale również do regularnego zasiewania niepokoju.

Ukraina zdaje się na początku tylko pretekstem do rozważań w Stasiukowym czy Vargowym stylu - czyli dotykania rzeczywistości zgniecionej melancholią doświadczenia zapisanego raz to w osobistej, raz to w zbiorowej pamięci. Zamiast wielkiej polityki i fundamentalnych rozważań o sytuacji ekonomicznej czy jasnych diagnoz kulturowych, trafiamy na drobiazgi czy pamiątki, a także luźne skojarzenia - o wielkiej jednak mocy rażenia wyobraźni. Tak dużej, że z tych okruchów czy obrazków powstaje dzieło.

Cały zbiór prozatorski Prochaśki (składają się na niego cztery części: "Omerta", "Nieredagowany notes", "Prywatne lekcje ukrainoznawstwa", "Tysiąc miejsc i słów") zaczyna się od następującej metafory:
"Ten kraj przypomina biesagi.
Biesagi jakiegoś wiecznego tułacza, uciekiniera, wędrowcy, który cały dobytek nosi ze sobą, zabierając jeszcze po drodze, co się trafi, wrzucając w te właśnie biesagi".
Takie porównanie nie stawia Ukrainy, przyznajmy, w dobrym położeniu. Ale to problem pragamatyków. Romantycznie zaprawiony autor uzna to za wyzwanie literackie. I pozwoli się prowadzić przez kolejne skojarzenia: kraju jako zawieszonego na nitce jabłka, które trzeba ugryźć bez pomocy rąk; życia tam jako zarośniętej poręby; czy dwuwiary, przy okazji której Prochaśko pisze tak:
"Ceni się tu działalność i wysiłek, nie dotyczy to jednak pracy nad sobą.
Lepiej się miotać, dogadywać, prosić, nadmieniać, coś wypraszać, wymagać, czegoś się doczekiwać, niż zrobić cokolwiek z samym sobą".
Jeśli nie wiara w siebie, to w co? W magię - podrzuci odpowiedź Prochaśko, snując rozważania o kraju wiedźm czy kulcie krzywd. Swoją drogą - bo to chyba dobry moment, by to stwierdzić - część refleksji o naszym wschodnim sąsiedzie wyjaśni, przynajmniej poniekąd, skąd polsko-ukraińskie braterstwo. Poza tym jeden z rozdziałów kończy się na deklaracji, pod którą i my moglibyśmy się pewnie podpisać:
"Warto pamiętać, że dużo się u nas pije".
Czarne, Wołowiec 2014.
Książka Prochaśki to przede wszystkim esej botanika, który zna się na sadzonkach i wie, jak ukwiecić przestrzeń. Słowem - przede wszystkim, ale także i obrazem. "W gazetach tego nie napiszą" to jednak bardziej ogród w stylu angielskim niż francuskim. Nawiązania do przeszłości w tym krajobrazie nie są co prawda częste, bo też Prochaśko sporo pisze i o teraźniejszości. Ład wyznacza nie tylko natura narodowa, ale również pisarski zryw przeplatany sentymentem. Ta proza skrzy się poetyckością, mieni się wieloma odcieniami, ale przede wszystkim jest niekompletna. Jakby coś ważnego za chwilę miało się zdarzyć.

Pytanie: co?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz