Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narkomania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narkomania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 lipca 2013

Jeden wiersz: Marcin Świetlicki || także utwory z lat 2006-2009

Narkotyki, alkohol, papierosy. Nieszczęśliwa miłość. Nie wiadomo co gorsze. Wszystko natomiast stanowi dobry pretekst dla literatury. Jak na przykład "Palenie" u Marcina Świetlickiego.

 Marcin Świetlicki Fot. Elżbieta Lempp (c) culture.pl


Palenie

Pytam: dlaczego niepalący
wsiadają bez skrupułów do przedziałów
dla palących? Czemu chcą dominować? Czemu
są wiecznie urażeni?

Mój mały przyjacielu, papierosie.
Spędziłem z tobą więcej czasu niż z kimkolwiek.
Niszczymy sie nawzajem, czule
zobowiązani.

Pytam: dlaczego niepalący
nie doceniają naszej samotności,
naszej niemądrej odwagi, naszego
żaru, popiołu?


niedziela, 14 lipca 2013

Weekend z narkotyczną literaturą: Tomasz Piątek || naszą połówkę w luksusowych warunkach

Wśród współczesnych prozaików polskich niewątpliwie wyróżnia się Tomasz Piątek. Tak, ten sam, który jest autorem "Heroiny" (Czarne, 2002). Książki jak najbardziej unarkotyzowanej.


Rzecz dzieje się w stolicy Polski na początku XXI wieku. Tomasz odruchowo szuka kryjówek. Miejsc, gdzie może na spokojnie wypalić co ma wypalić. Szuka też znajomych z kasą. Tych bez - spławia.

Równocześnie Tomasz jest lingwistą, który potrafi diagnozować osobowość na podstawie ich mowy. Życie bez narkotyków jednak nie istnieje. To w nich widzi sens, słodycz, miłość, podstawę bytu.

Tomasz z książki Piątka niepokojąco przypomina autora "Heroiny". Tomasz, lingwistyka i heroina... A w dodatku te bardzo realistyczne opisy...

Dilerzy w ogóle są dosyć nieuchwytni. Muszą być trudni do osiągnięcia, bo to zapewnia im bezpieczeństwo. Wiedzą, że klient i tak do nich dotrze, bo klientowi bardziej zależy niż policji czy jakiejś konkurencji. Ale od czasu do czasu diler robi się nieosiągalny nawet dla najbardziej zaufanych klientów. Zapada się wtedy we własny, zupełnie osobisty świat, skomponowany z takich elementów, jak aresztowania, okaleczenia, interwencje mamy, kokainowe orgie kończące się samobójstwem lub morderstwem. I wiele innych sytuacji, które dla nas objawiają się jednym krótkim tekstem: - Cześć, to ja. Nagraj się po sygnale.
Wymiot po heroinie jest rutynowym zabiegiem higienicznym. Gładko prześlizguje się przez przełyk niczym zwinna ryba. Albo nie czuje się go wcale, albo wręcz jest przyjemny. I jest też dosyć cichy. Dlatego Arararara" nie pochodziło ode mnie, tylko od piosenkarki w telewizorze.
Kiedy Bartek bierze swojego macha, robi mi się jeszcze cieplej. Czuję, jak jego mózg robi się taki jak mój: wielki, miękki, rozkoszny i też zaczyna promieniować czymś w rodzaju miłości. Jeśli gówniarz zna takie uczucia. A zresztą, jeśli ich nie zna, teraz je pozna. Wracamy do mojego mieszkania, padamy na tapczan i kończymy naszą połówkę w luksusowych warunkach. To nie to, co pokątne jarania na różnych klatkach schodowych, jakie stałyby się udziałem Bartka, gdyby stracił dziewictwo z kimś innym. Chłopiec wymiotuje milk-shakiem, zwisając z łóżka. Czuwam nad nim, podczas kiedy on po raz pierwszy w swoim życiu pogrąża się w tej cudownej ciepłej zupie. Można to nazwać zupą żółwiową, bo takie jest dobre. I takie leniwe. Cichutko, żeby go nie zbudzić, rozkładam sobie folię. Kładę na nią następną porcję, jakieś trzy godziny. I spalam ją za jednym zamachem. To cudowne, kiedy jesteś tak totalnie szczęśliwy i spokojny, że nie czujesz nawet podniecenia przed nadchodzącą następną falą rozkoszy.
Wreszcie widzę Bartka. Leży na łóżku, zrzucił z siebie kołdrę, a na sobie ma tylko tshirt. Zbliżam się do niego i ze wszystkich hieroglifów, w jakie może wygiąć się moja postać, staram się znaleźć najbardziej pasujący do Bartka. Tak, żeby owinąć się dookoła niego, otulić go własnym ciałem. Oczywiście, nie obudzę go. Moje pieszczoty uspokajają, a nie podniecają, moje pocałunki są bardzo delikatne, łagodne. Mam taki dar, że tam, gdzie całuję, nie powstają żadne ślady i nic nie podrażnia nawet tak wrażliwej istoty jak Bartek. Co więcej, pod moimi ustami znikają drobne zaczerwienienia i siniaczki, które znalazłem u niego na udzie. Szukam najbardziej wrażliwych punktów do muskania, aby jeszcze bardziej je odświeżyć. Chłopiec nie pojękuje ani nie kręci się. Każdy mój pocałunek pozostawia mu na ciele małe źródło ciepła, które Bartka delikatnie rozgrzewa.  Chucham mu też w odbyt, jak w balonik, żeby wypełnić go od środka tym, co jest lepsze niż jakiekolwiek inne przeżycie.
Czytaj także o "Ćpunie".

sobota, 13 lipca 2013

Weekend z narkotyczną literaturą: Melvin Burgess || ze dwa skręty

Narkotyki, seks, przemoc - oto tematy życiowe, jakby powiedzieli niektórzy. To tematy, które pojawiają się raz po raz w literaturze. Tak musi przecież być. Realizacja? Z tym bywa już różnie. Ot, weźmy na przykład takiego "Ćpuna" Melvina Burgessa (Albatros, 1999) wydawanego w ciągu ostatniej dekady w Polsce kilka razy.


Lata 80. XX wieku. Gdzieś w Ameryce na prowincji. Ale równie dobrze mogłoby się to dziać współcześnie. Gdzieś na prowincji.

Dwójka nastolatków, Gemma i jej chłopak Smółka, uciekają z domu. Małomiasteczkowa nuda zostanie zamieniona w karuzelę wrażeń większego miasta. Młodzi powoli dadzą się wciągnąć w narkomańskie środowisko. Zdani na samych siebie, uzależnieni, posuną się do kroków drastycznych. Po to, by zdobyć pieniądze na kolejną porcję.

Jak Melvin Burgess poradził sobie z materią ćpuńską? Oto dwie próbki:

Mocno przesadziłam paląc skręty i lejąc w siebie alkohol tylko dlatego, że nie
potrafiłam wymyślić nic innego. Wydawało się, że nigdy nie przestanę. Później doszli
inni ludzie, zabawa się rozkręciła i poczułam się odrobinę lepiej. Ktoś przygotował
poncz. Nie wiem, co tam wlali i... stooop! Wszystko zaczęło wirować coraz szybciej i
szybciej i... no tak, wiedziałam, że naprawdę się rozchoruję, jeśli to dłużej potrwa.
Dom znienacka się zapełnił. Nagle nie było gdzie się ruszyć. Wszyscy krzyczeli,
hałasowali i tańczyli. Czułam się tak dziwnie. Zatańczyłam, ale moja głowa obracała
się wokół osi, nabierając prędkości. Wypaliłam jeszcze ze dwa skręty i... i... Poszłam
na górę i posiedziałam trochę w kiblu. Potem ktoś chciał wejść, więc przeszłam do
sypialni i położyłam się na łóżku na kilka minut, dopóki moja głowa nie stanęła w
miejscu.
To było potworne - jakby ktoś wsadził mi do żołądka mikser elektryczny, który kręcił
się coraz szybciej i szybciej, i szybciej, i szybciej...
Leżałam nie wiadomo jak długo, czekając, aż to się zatrzyma. Kiedy poczułam, że
mogę znów usiąść, muzyka na dole ciągle dudniła, ale nie miałam pojęcia, która jest
godzina. Ciągle czułam się okropnie... no właśnie, okropnie okropnie. Nie byłam
pijana czy skacowana, ale w moim żołądku cały czas tkwił monstrualny bąbel. W
każdej chwili mógł podejść mi do gardła i wyskoczyć... Pop!
Wstałam i wyjrzałam przez okno. Pamiętam jedynie, że wszystko było
pomarańczowe i wyglądało tak, jakby koty i łasice, i jakieś inne stwory roiły się poza
zasięgiem wzroku, kryjąc się za śmietnikami i lampami ulicznymi. Nie twierdzę, że je
widziałam, lecz one były ciągle tuż za polem widzenia. Rozejrzałam się po pokoju i
wszystkie sprzęty - szafa, komoda, nawet futryna okna - wszystkie wydawały się na
mnie patrzeć, jakby były żywe. Co się dzieje? - myślałam.
I nagle zdałam sobie sprawę - miałam odlot! Wiec tak to jest! Miałam totalny odlot...

Naprawdę spodziewam się, że będę znów czysta. Z herą to dość niezwykła sprawa.
Na początku czujesz się dzięki niej tak dobrze. Lecz po niedługim czasie, po tym, jak
twój organizm się przyzwyczai, to przestaje działać w taki sposób. Zaczynasz jej
potrzebować, żeby czuć się normalnie. Rozumiesz? Więc budzisz się z uczuciem
obrzydzenia, ponieważ jesteś na głodzie. Z tego powodu bierzesz i czujesz się
nieźle, ale tylko tyle. To jest jak lekarstwo. Stajesz się niczym staruszka, która musi
brać rano swoje pigułki, żeby jakoś przetrwać dzień.
Jedyne, co możesz robić później, to brać coraz więcej, więcej i więcej. Ścigasz tego
smoka, polujesz na tego kopa, polujesz na dobre samopoczucie. Bierzesz coraz
więcej, więcej i więcej, i coraz częściej. Potem chorujesz od tego i odstawiasz na
parę dni. I to jest ta naprawdę paskudna sprawa, bo wówczas, kiedy jesteś czysty,
wtedy to działa najlepiej. I wtedy znów dajesz sobie w żyłę i... mmmmmmmm!

Jak taka historia musi się skończyć? Nieciekawie. Chociaż w tym wypadku akurat... Ale nic nie powiem. Kto będzie chciał, ten sam spróbuje. ;-)

Czytaj także o "Morfinie" Szczepana Twardocha.