Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros/Kuryłowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros/Kuryłowicz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 sierpnia 2014

Peter May: "Też kiedyś byłem nieszczęśliwie zakochany"

Wyspa Lewis to ważna sceneria książek Petera Maya. Szkocki pisarz przygląda się nie tyle przyrodzie, co kondycji człowieka. Jego bohater prowadzi śledztwo, w którym ważnym świadkiem jest ludzka natura.

Położona na północy Wielkiej Brytanii wyspa uwiodła Petera Maya
(c) Mumbles Head / Foter / Creative Commons Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)
Marcin Wilk: - Kiedy byłeś dziennikarzem, ciągle się gdzieś spieszyłeś i byłeś pod presją. Gdy jesteś pisarzem, coś się zmieniło?

Peter May: - O, widzę, że mnie doskonale rozumiesz... Życie w ciągłym pośpiechu to domena tego zawodu. Oczywiście niewiele się zmieniło. Było źle zresztą jeszcze w telewizji, w której pracowałem. Robiliśmy około 104 odcinków rocznie, więc możesz sobie wyobrazić, jak to wyglądało.

środa, 2 października 2013

Tomie Clancy, żegnaj!

Tom Clancy zmarł wczoraj w wieku 66 lat. "Polowanie na Czerwony Październik" było jedną z jego najważniejszych książek, a ilość sprzedanych egzemplarzy plasowała go wśród takich  autorów jak John Grisham czy J. K. Rowling.

www.tomclancy.com
To był naprawdę bestsellerowy autor. W sumie jego książki rozeszły się w nakładzie ponad 100 milionów dolarów. Dzięki sławie i kolejnym zaliczkom Clancy stał się milionerem. Dwukrotnie żonaty, stać go było na spory dom, a nawet... czołg. Gdy jednak zaczynał swoją literacką karierę, nikt nie wróżył mu sukcesu. A na pewno nie wierzył w niego pierwszy wydawca, który za "Polowanie na Czerwony Październik" zaoferował zaliczkę w wysokości 5 tys. dolarów. Mało tego, redaktorzy zalecili autorowi przemyślenie jeszcze raz szczegółów fabuły, a zwłaszcza nadmiaru technicznych opisów. W rezultacie Clancy zrobił poprawki, które kosztowały manuskrypt utratę 100 stron. Któż wtedy mógł przewidzieć, że właśnie za te "szczegóły fabuły" pokochają Clancy'ego w przyszłości czytelnicy?

Po opublikowaniu książki w roku 1985 o Clancym stało się głośno. I to właśnie za sprawą jego szczegółowej wiedzy. Wszyscy zachwycali się, jak bardzo dokładnym wglądem w świat militariów dysponował autor. Nawet wysoko postawieni przedstawiciele służb wojskowych nie dowierzali, że Clancy napisał wszystko sam. "Ktoś za tym ewidentnie stoi", twierdzili.

wtorek, 17 września 2013

Joel Dicker: Prawda o sprawie Harry'ego Queberta || 700 tys, egzemplarzy

Wygląda na to, że będziemy mieć kolejny hit. Książka "Prawda o sprawie Harry'ego Queberta" (Albatros/Kuryłowicz, 2013) Joela Dickera w ciągu kilku miesięcy od premiery sprzedała się we Francji w nakładzie 700 tys. egzemplarzy, a prawa do przekładów zostały sprzedane do 30 krajów. W tym także i do Polski.


Niejaki Marcus Goldman, sławny pisarz, zapada na niemoc twórczą. Blokada przeszkadza mu w dokończeniu książki, nad którą pracuje. Nie pomaga szef wydawnictwa, który - standard! - zapowiada bolesne konsekwencje finansowe w wypadku, gdy Goldman tekstu nie dostarczy. Ale Goldman nie poddaje się tak łatwo i o pomoc zwraca się do swojego mentora i przyjaciela, pisarza Harry'ego Queberta. Ten jednak zostaje aresztowany i oskarżony o zabójstwo nastoletniej dziewczynki. Marcus staje przed nowym zadaniem. O wiele trudniejszym niż dokończenie tekstu.

sobota, 24 sierpnia 2013

Dean Koontz: Dom śmierci || co 38 lat...

Już za chwilkę, już za momencik czeka nas premiera kolejnej książki Stephena Kinga "Doktor Sen". Jest ona zapowiadana jako kontynuacja słynnego "Lśnienia". Przekonamy się o tym niebawem pewnie. Na razie jednak mamy kolegę Kinga z księgarskiej półki, czyli Deana Koontza, który w Polsce podsuwa do czytania "Dom śmierci" (Albatros/Kuryłowicz, 2013).


Nazwa luksusowego apartamentowca Pandleton pochodzi od jego fundatora, milionera Andrew Pandletona. Kiedyś wyjątkowa posiadłość była prywatną rezydencją, ale po tym, jak milioner oszalał i popełnił samobójstwo, a jego rodzina zniknęła - status budynku się zmienił.

Budynek wzniesiono w roku 1889. Od tego czasu, dokładnie co 38 lat, dzieje się coś bardzo dziwnego i niepokojącego. W 1935 roku dokonano tu morderstwa. Zginęło wtedy, bagatela, 16 osób. Podczas prac budowlanych w 1973 roku w tajemniczych okolicznościach zniknął jeden z robotników. Co się stanie w roku 2011?

piątek, 19 lipca 2013

Eduardo Roca: Warsztat zakazanych książek || Kolonia, 1435

Kto myśli, że sezon na powieści historyczno-sensacyjne się skończył, ten chyba nie był dawno w księgarni. I nie widział, że wśród nowości znaleźć można "Warsztat zakazanych książek" (Albatros/Kuryłowicz, 2013) Eduardo Roki.






Rzecz rozgrywa się w XV wieku. W Kolonii. Rządzi Kościół (to w zasadzie w Kolonii po dziś dzień się nie zmieniło, ale to tak nawiasem mówiąc). Hierarchia duchownych kieruje też dostępem do wiedzy. Oczywiście są też rebelianci, którzy sprzeciwiają się temu niesprawiedliwemu porządkowi. Ale czy mają szanse w sporze z takim potężnym przeciwnikiem?

Eduardo Roca - w tym otoczeniu fabularnym - tworzy postać Lorenza Blocka, złotnika, który potajemnie pracuje nad prasą drukarską. Wynalazek będzie żyłą złota, o czym zdają się wiedzieć co poniektórzy. Bo na razie - przypominam mamy wiek XV - kopiowaniem książek zajmują się ludzie. A to jest drogie. (Człowiek, nawiasem mówiąc, zawsze był drogi. Nawet w średniowieczu. Choć oczywiście ci na dole hierarchii wartości byli najgorzej opłacani. I to też po dziś dzień się nie zmieniło).

Nikolas Fischer to drugi z ważnych bohaterów książki Roki. Człowiek światły, wykształcony, ale też i dwulicowy. Delikatnie mówiąc. Ale to on jest właścicielem skryptorium świeckiego. I on dąży do wyeliminowania wszelkiej konkurencji.

I co teraz? Napiszę krótko: Block ma córkę, a Nikolas głuchego syna. Co się dalej może wydarzyć? Chyba kierunek jest jasny...






No, ba. W tego typu powieściach na ogół nie chodzi o jakieś zaskakujące rozwiązania fabularne, bądźmy szczerzy, ale o to, w jaki sposób prowadzona jest akcja. I co jest jej osnową.

To drugie w tym przypadku jest chwilami szczególnie interesujące. Zwłaszcza dla tych, którzy byli w Kolonii...

Ciągle niedokończona, ale już wznosząca się majestatycznie południowa wieża katedry budziła powszechny podziw. Mówiono, że kiedy budowa obu wież zostanie zakończona, z ich szczytów, w bezchmurny dzień, będzie można dojrzeć miasto Brdę w pobliżu ujścia Renu. W mieście nie było zakątka, do którego z wieży nie sięgałby wzrok. Od Altmarkt, pulsującego życiem targu, po oba wyloty głównej ulicy Hochstrasse mieszkańcy niemal fizycznie czuli opiekę świętych murów, wzniesionych w hołdzie Bogu i jego czcicielom, Trzem Królom. Tam spoczywają ich relikwie, sprowadzone z dalekiej ziemi.
Katedra w Kolonii współcześnie (c) cudaswiata.pl
U Roki pojawiają się też tytuły arcydzieł epoki i wcześniejszych. Jest "Etyka Nikomachejska", jest "Dekameron", jest i "Kamasutra".

Autor manuskryptu, hinduski uczony Watsjajana, dał w nim opis zdrowych stosunków cielesnych, "boskiego związku" według trzech celów codziennego życia, jakimi są dharma, życie cnotliwe, artha, korzyści materialne, i kama, wszystko, co dotyczy miłości, pożądania, rozkoszy i cielesności.
Takich smaczków jest w tej książce więcej. Dobra powtórka ze średniowiecznej kultury i społeczeństwa. ;-) W sumie - i mówię teraz o "Warsztacie...", a nie o "Kamasutrze" - ponad 600 stron. Dobrej, wakacyjnej lektury.


Czytaj też o "Aniołach i demonach" Dana Browna.

sobota, 13 lipca 2013

Weekend z narkotyczną literaturą: Melvin Burgess || ze dwa skręty

Narkotyki, seks, przemoc - oto tematy życiowe, jakby powiedzieli niektórzy. To tematy, które pojawiają się raz po raz w literaturze. Tak musi przecież być. Realizacja? Z tym bywa już różnie. Ot, weźmy na przykład takiego "Ćpuna" Melvina Burgessa (Albatros, 1999) wydawanego w ciągu ostatniej dekady w Polsce kilka razy.


Lata 80. XX wieku. Gdzieś w Ameryce na prowincji. Ale równie dobrze mogłoby się to dziać współcześnie. Gdzieś na prowincji.

Dwójka nastolatków, Gemma i jej chłopak Smółka, uciekają z domu. Małomiasteczkowa nuda zostanie zamieniona w karuzelę wrażeń większego miasta. Młodzi powoli dadzą się wciągnąć w narkomańskie środowisko. Zdani na samych siebie, uzależnieni, posuną się do kroków drastycznych. Po to, by zdobyć pieniądze na kolejną porcję.

Jak Melvin Burgess poradził sobie z materią ćpuńską? Oto dwie próbki:

Mocno przesadziłam paląc skręty i lejąc w siebie alkohol tylko dlatego, że nie
potrafiłam wymyślić nic innego. Wydawało się, że nigdy nie przestanę. Później doszli
inni ludzie, zabawa się rozkręciła i poczułam się odrobinę lepiej. Ktoś przygotował
poncz. Nie wiem, co tam wlali i... stooop! Wszystko zaczęło wirować coraz szybciej i
szybciej i... no tak, wiedziałam, że naprawdę się rozchoruję, jeśli to dłużej potrwa.
Dom znienacka się zapełnił. Nagle nie było gdzie się ruszyć. Wszyscy krzyczeli,
hałasowali i tańczyli. Czułam się tak dziwnie. Zatańczyłam, ale moja głowa obracała
się wokół osi, nabierając prędkości. Wypaliłam jeszcze ze dwa skręty i... i... Poszłam
na górę i posiedziałam trochę w kiblu. Potem ktoś chciał wejść, więc przeszłam do
sypialni i położyłam się na łóżku na kilka minut, dopóki moja głowa nie stanęła w
miejscu.
To było potworne - jakby ktoś wsadził mi do żołądka mikser elektryczny, który kręcił
się coraz szybciej i szybciej, i szybciej, i szybciej...
Leżałam nie wiadomo jak długo, czekając, aż to się zatrzyma. Kiedy poczułam, że
mogę znów usiąść, muzyka na dole ciągle dudniła, ale nie miałam pojęcia, która jest
godzina. Ciągle czułam się okropnie... no właśnie, okropnie okropnie. Nie byłam
pijana czy skacowana, ale w moim żołądku cały czas tkwił monstrualny bąbel. W
każdej chwili mógł podejść mi do gardła i wyskoczyć... Pop!
Wstałam i wyjrzałam przez okno. Pamiętam jedynie, że wszystko było
pomarańczowe i wyglądało tak, jakby koty i łasice, i jakieś inne stwory roiły się poza
zasięgiem wzroku, kryjąc się za śmietnikami i lampami ulicznymi. Nie twierdzę, że je
widziałam, lecz one były ciągle tuż za polem widzenia. Rozejrzałam się po pokoju i
wszystkie sprzęty - szafa, komoda, nawet futryna okna - wszystkie wydawały się na
mnie patrzeć, jakby były żywe. Co się dzieje? - myślałam.
I nagle zdałam sobie sprawę - miałam odlot! Wiec tak to jest! Miałam totalny odlot...

Naprawdę spodziewam się, że będę znów czysta. Z herą to dość niezwykła sprawa.
Na początku czujesz się dzięki niej tak dobrze. Lecz po niedługim czasie, po tym, jak
twój organizm się przyzwyczai, to przestaje działać w taki sposób. Zaczynasz jej
potrzebować, żeby czuć się normalnie. Rozumiesz? Więc budzisz się z uczuciem
obrzydzenia, ponieważ jesteś na głodzie. Z tego powodu bierzesz i czujesz się
nieźle, ale tylko tyle. To jest jak lekarstwo. Stajesz się niczym staruszka, która musi
brać rano swoje pigułki, żeby jakoś przetrwać dzień.
Jedyne, co możesz robić później, to brać coraz więcej, więcej i więcej. Ścigasz tego
smoka, polujesz na tego kopa, polujesz na dobre samopoczucie. Bierzesz coraz
więcej, więcej i więcej, i coraz częściej. Potem chorujesz od tego i odstawiasz na
parę dni. I to jest ta naprawdę paskudna sprawa, bo wówczas, kiedy jesteś czysty,
wtedy to działa najlepiej. I wtedy znów dajesz sobie w żyłę i... mmmmmmmm!

Jak taka historia musi się skończyć? Nieciekawie. Chociaż w tym wypadku akurat... Ale nic nie powiem. Kto będzie chciał, ten sam spróbuje. ;-)

Czytaj także o "Morfinie" Szczepana Twardocha.

piątek, 8 kwietnia 2011

Rzeźnia numer pięć

 Któż się boi Kurta Vonneguta?! Ja! Boję się jego pesymizmu, bo wprowadza mnie w zły nastrój. I w ogóle w złe samopoczucie. I światoodczucie. Jednocześnie nie umiem się powstrzymać, gdy trafia do księgarń wznowienie jego dzieł. Na przykład "Rysio Snajper" (Albatros/Kuryłowicz, 2011).



"Moi przodkowie przybyli do Ameryki w tym czasie, kiedy nie stała tu jeszcze nawet Statua Wolności. To było gdzieś około 1840 roku. Niemieckie pochodzenie stanowiło jeszcze jakiś temat podczas rodzinnych rozmów, kiedy dobre sto lat później poślubiłem moją pierwszą żonę. Niechęć, odczuwana przez wielu Amerykanów dla wszystkiego, co niemieckie, ma zresztą mniej wspólnego z obydwoma światowymi wojnami niż z tym, że w porównaniu do Brytyjczyków czy Włochów, niemieccy imigranci przybywali tu zamożni i dobrze wykształceni. To Niemcy zakładali banki i robili wielkie interesy" - mówił w jednym z wywiadów. W tym charakterystycznym, tak kpiarskim, jak i autoironicznym, tonie doskonale słychać, jak obco mógł czuć się Vonnegut. Ta obcość zresztą dotyczyła nie tylko sfer kulturowych czy społecznych. Sięgała ona o wiele dalej, a satyra, ostry dowcip nie miały wcale być ćwiczeniem z dystansu do rzeczywistości - one miały podkreślić i zaakcentować dystans, który Vonnegut nosił w sobie.

"Śmiejący się prorok zagłady", "Zawsze w służbie jednostki, a przeciw systemowi", "Czytając jego książki, śmiejemy się w samoobronie" - recenzowały książki pisarza amerykańskie magazyny. Te recenzje przypomina na okładce "Rysia Snajpera" Albatros/Kuryłowicz. Książka Kurta Vonneguta ukazała się zaledwie kilkanaście dni temu na rynku, a wydawca już zapowiada wznowienia kolejnych bestsellerów popularnego pisarza. W nowej szacie graficznej ukazać się mają między innymi te najbardziej znane - z "Śniadaniem mistrzów", "Kocią kołyską" i "Rzeźnią numer pięć" na czele. Smakosze doskonałego humoru połączonego z bezkompromisowym spojrzeniem na świat powinni zacierać ręce. I szykować miejsce na półce. Pod warunkiem oczywiście, że nie mają już tam osobnego działu pt. "Vonnegut". Wypełnionego szczelnie książkami tego znakomitego prozaika.

Więcej TU.