czwartek, 31 października 2013

Wśród najpiękniejszych książek świata

"Mój życiorys polonistyczny z historią w tle" Henryka Markiewicza czytałem może 4, a może nawet 6 razy. I chętnie przeczytam po raz kolejny.

WL, Kraków 2012.
"Rodzina i przyjaciele namawiają mnie do pisania pamiętnika czy autobiografii. Ale dla opowieści o sprawach innych ludzi zasoby mojej pamięci, znawstwo charakterów, wreszcie umiejętności opisowo-narracyjne są zbyt skąpe. Autobiografię zaś wtedy tylko warto pisać, jeżeli można być szczerym aż do końca - na to zaś z różnych powodów mnie nie stać". Tak zaczyna swoją opowieść prof. Henryk Markiewicz. Co jednak brzmi jak captatio benevolentiae, czyli zwrot mający na celu zjednać i pozyskać czytelników. Czym? Skromnością, dystansem i pokorą. Cechami, które zdominują narrację prof. Markiewicza - jednego z najświatlejszych umysłów. Idola polonistów. Mistrza.

Nie żartuję. Prof. Markiewicz to Ktoś. Z jego książek przygotowywałem się do egzaminów z teorii literatury i pozytywizmu. Markiewicz jest autorem genialnego podręcznika do epoki. Sam był wielbicielem "Lalki". U profesora podziwiałem warsztat. Wszystkie te fiszki, opisy, przypisy, cała ta skrupulatność i syntetyczność myśli. Nic ponad to, co jest potrzebne. Umiar i powściągliwość. Klasa. Przymioty epoki minionej.

"W pracach moich nie ma wielkich nowych pomysłów; ich mocną stroną jest krytyczna synteza lub faktografia, a takie prace szybko się starzeją i ulegają zapomnieniu. Przy tym 'nauką jest to, co za naukę jest uważane', więc przyszłe losy tego dorobku naukowego zależą poniekąd od tego, jak będzie oceniane dziedzictwo marksizmu i strukturalizmu, z którym jest on w znacznej części powiązany". Tyle skromności jednego z najpotężniejszych umysłów polonistycznych.

Autobiografia "Mój życiorys..." jest dowodem niebywałego dystansu i - wbrew zastrzeżeniom autorskim - otwarcia. "Byłem dzieckiem nieładnym, chorowitym, niezaradnym i niezgrabnym (do czego przyczyniła się i nadopiekuńczość matki, i moja nadmierna tusza), wskutek tego - nerwowym i nieśmiałym. Nie uprawiałem sportów, przegrywałem zawsze w zabawach ruchowych" - pisze Markiewicz, a kilka stron potem dopowiada: "Byłem jako dziecko tęgi, więc wielu ćwiczeń nie umiałem wykonać. I skoku przez kozioł, i ćwiczeń na drabince. Ciągle groził mi dostateczny z gimnastyki, ale nauczyciele ocenę mi podciągali, żeby mi świadectwa nie zepsuć".

We wszystkim nie da się być dobrym. Dlatego przyszły profesor nadrabiał wiedzą. Ukształtował go kuzyn Zygmunt, który podsuwał Henrykowi odpowiednie książki. "Czytałem zresztą wszystko, co mi wpadło w rękę: do moich pierwszych lektur należały na przykład 'Podręcznik rodzenia dzieci' Awerczenki (duże rozczarowanie - nie znalazłem w nim odpowiedzi, jak to się robi, a bardzo chciałem wiedzieć) i 'Antologia polskiej parodii literackiej' (parodia powieści podróżniczej pióra Magdaleny Samozwaniec bardzo mię rozbawiła - na jej podstawie zrozumiałem, na czym parodia polega, ale na przykład Tuwimowska parodia Maeterlincka spodobała mi się na serio)".

Prawdziwą przygodę z pisaniem Markiewicz zaczął od stworzenia dwóch wypracowań historycznych dla dziewczyny Zygmunta. "Wcześniej jeszcze - niezadowolony z podręczników, z których każdy podawał fakty w niekompletnym wyborze - zacząłem opracować własną kompilację historii Polski; dociągnąłem - o ile pamiętam - do Łokietka". Zdziwieni? Nie ma czym. Prof. Henryk Markiewicz pasjonował się porządkowaniem. A układanie wszystkiego wedle określonych standardów połączone z czytelniczą pasją skutkowało tym, że wypracowanie dotyczące wspomnień z wakacji zaczynało się tak: "Zazwyczaj na okres wakacyjny każdy układa sobie projekty podziału zajęć. Ja również tak uczyniłem. Plany te z jednej strony dotyczyły rozrywek wakacyjnych, z drugiej strony - lektury".

Nie brakło też dramatycznych momentów w życiu prof. Markiewicza. Na przykład pobytu w posiołku oddalonym około 20 kilometrów od stacji Ałtynaj w rejonie Suchołoże obwodu swierdłowskiego. Został tam odesłany na przymusowe roboty podczas wojny. Każdego dnia ładował drewno na wagoniki kolejki lub rąbał las. Jak mówił, "nawet polubił tę pracę"...

Żywot profesorski po wojnie to już żywot ściśle uniwersytecki. Czy raczej polonistyczny. Wykłady na Uniwersytecie Jagiellońskim, kierowanie "Życiem Literackim", kariera na uczelni. Kolejne projekty, świetne książki, wybitni uczniowie... I piękny dekalog. Zamyka on autobiografię prof. Markiewicza. Ostatnie z "przykazań" polonisty - jedenaste zresztą - brzmi: "Nie idź za mną!". Zastosujemy się? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz