czwartek, 30 stycznia 2014

W poszukiwaniu własnego czasu

Goran Rosenberg chce powoli, bardzo delikatnie zajrzeć w duszę swoją i swojego ojca. Ale im głębiej sięga, tym szybciej toczy się akcja, tym mocniej zderza się z tym, co nieuniknione.



Pierwszy obraz - niemal symboliczny - to most. Ale nie ten, po którym wygodnie i prędko przejeżdża się pociągiem relacji dalekobieżnej. Inny. Mniej przyjemny. Taki, który kojarzy się z czymś niewygodnym, niebezpiecznym, brudnym, mało komfortowym. "Ten, kto nadjeżdża pociągiem, nie może zatem nigdy dzielić strachu z tym, kto przechodzi przez Most".

Ta podwójność i niejednoznaczność symboli - tak jednoznacznie często funkcjonujących - pociągnie metaforykę, na jakiej osadzona jest książka "Krótki przystanek w drodze z Auschwitz".

Po pierwsze więc: tytułowe Auschwitz. Absolutnie dobrze, że się skończyło. Ale czy rzeczywiście się skończyło? Ojciec autora, Dawid Rosenberg, przeżył piekło. Przeżył także ciężki czas tuż po. Zakochał się, osiadł nawet w Szwecji, która kojarzy się z socjalnym rajem. Poddał się jednak w momencie najtrudniejszym dla niego: gdy mógł zacząć żyć normalnie. Umiejętność nanizywania kolejnych spokojnych dni okazała się trudniejsza niż walka o przetrwanie. Ojciec narratora w tym najmniej, wydawałoby się, dramatycznym momencie rezygnuje. Bo, jak się okazuje, Auschwitz to nie tylko punkt na mapie. To przede wszystkim mapa, która zaczernia pamięć, wypełnia doświadczenie, przelewa się w świadomości.


Po drugie więc: nowe życie. Utarło się myśleć, że to szansa. Że dając je komuś, zawsze czynimy dobrze.Tyle tylko, że nie wszystko, co dane, musi przynosić radość. Życie to cierpienie, rozczarowanie, rzeczywistość, która bywa bolesna.

Przeł. Mariusz Kalinowski. Czarne 2014.
Narrator opowieści "Krótki przystanek w drodze z Auschwitz" wie, że dar życia jest tyleż zbawienny, co i obciążający. Idąc za historią swojego ojca, wkracza w historię ludzkości, poznaje zakamarki pamięci zbiorowej, zderza się z otoczeniem, które ma swoje bieżące interesy i nie zawsze chce pamiętać o tym, co się wydarzyło nie tak dawno przecież temu.

Pokazuje również - poprzez oświetlenie niuansów indywidualnych wyborów - że prawie nigdy nie ma historii zbiorowości. Że zbiorowość to suma pojedynczych narracji, a każda pojedyncza narracja to wyzwanie dla pamięci, tożsamości, wieczne poszukiwanie samego siebie, odnajdywanie i czasem przepisywanie na nowo relacji z najbliższymi. Rzeczy najtrudniejsze.
 Kiedy czytam takie książki, czuję, jak coś ważnego i intuicyjnie dobrego rodzi się we mnie. Jest to chęć takiego właśnie uczciwego, bez żadnych ściem, w ostrości światła samoświadomości, przyjrzenia się temu, kim jestem i skąd pochodzę.

Gdy docieram do ostatniej strony takiej książki, jakbym jednak tchórzył. Albo przynajmniej zdawał sobie sprawę, że nie potrafię: ani tak uczciwie, ani tak pięknie.

2 komentarze:

  1. Bardzo to pieknie ujałeś, jest cos w tym wpisie co mnie wzruszyło....może przez tematykę ksiązki, która niezmiennie mnie porusza.

    Nie potrafie jednak stawić czoła takim pozycjom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest łatwa lektura, ale warto. Naprawdę warto.

      Usuń