![]() |
| (c) unsplash.com |
niedziela, 25 maja 2014
Aby zapomnieć...
piątek, 19 lipca 2013
Eduardo Roca: Warsztat zakazanych książek || Kolonia, 1435
Rzecz rozgrywa się w XV wieku. W Kolonii. Rządzi Kościół (to w zasadzie w Kolonii po dziś dzień się nie zmieniło, ale to tak nawiasem mówiąc). Hierarchia duchownych kieruje też dostępem do wiedzy. Oczywiście są też rebelianci, którzy sprzeciwiają się temu niesprawiedliwemu porządkowi. Ale czy mają szanse w sporze z takim potężnym przeciwnikiem?
Eduardo Roca - w tym otoczeniu fabularnym - tworzy postać Lorenza Blocka, złotnika, który potajemnie pracuje nad prasą drukarską. Wynalazek będzie żyłą złota, o czym zdają się wiedzieć co poniektórzy. Bo na razie - przypominam mamy wiek XV - kopiowaniem książek zajmują się ludzie. A to jest drogie. (Człowiek, nawiasem mówiąc, zawsze był drogi. Nawet w średniowieczu. Choć oczywiście ci na dole hierarchii wartości byli najgorzej opłacani. I to też po dziś dzień się nie zmieniło).
Nikolas Fischer to drugi z ważnych bohaterów książki Roki. Człowiek światły, wykształcony, ale też i dwulicowy. Delikatnie mówiąc. Ale to on jest właścicielem skryptorium świeckiego. I on dąży do wyeliminowania wszelkiej konkurencji.
I co teraz? Napiszę krótko: Block ma córkę, a Nikolas głuchego syna. Co się dalej może wydarzyć? Chyba kierunek jest jasny...
No, ba. W tego typu powieściach na ogół nie chodzi o jakieś zaskakujące rozwiązania fabularne, bądźmy szczerzy, ale o to, w jaki sposób prowadzona jest akcja. I co jest jej osnową.
To drugie w tym przypadku jest chwilami szczególnie interesujące. Zwłaszcza dla tych, którzy byli w Kolonii...
Ciągle niedokończona, ale już wznosząca się majestatycznie południowa wieża katedry budziła powszechny podziw. Mówiono, że kiedy budowa obu wież zostanie zakończona, z ich szczytów, w bezchmurny dzień, będzie można dojrzeć miasto Brdę w pobliżu ujścia Renu. W mieście nie było zakątka, do którego z wieży nie sięgałby wzrok. Od Altmarkt, pulsującego życiem targu, po oba wyloty głównej ulicy Hochstrasse mieszkańcy niemal fizycznie czuli opiekę świętych murów, wzniesionych w hołdzie Bogu i jego czcicielom, Trzem Królom. Tam spoczywają ich relikwie, sprowadzone z dalekiej ziemi.
![]() |
| Katedra w Kolonii współcześnie (c) cudaswiata.pl |
Autor manuskryptu, hinduski uczony Watsjajana, dał w nim opis zdrowych stosunków cielesnych, "boskiego związku" według trzech celów codziennego życia, jakimi są dharma, życie cnotliwe, artha, korzyści materialne, i kama, wszystko, co dotyczy miłości, pożądania, rozkoszy i cielesności.Takich smaczków jest w tej książce więcej. Dobra powtórka ze średniowiecznej kultury i społeczeństwa. ;-) W sumie - i mówię teraz o "Warsztacie...", a nie o "Kamasutrze" - ponad 600 stron. Dobrej, wakacyjnej lektury.
Czytaj też o "Aniołach i demonach" Dana Browna.
środa, 15 maja 2013
Cabre: Wyznaję || o piątej po południu
Najpierw wchodzimy, niemal gwałtownie, w historię pewnej hiszpańskiej familii. "Zrozumiałem, że przyjście na świat w tej rodzinie było niewybaczalnym błędem" - stwierdza narrator od razu w pierwszym zdaniu. Adrian to syn Feliksa, który - jako kolekcjoner sztuki - zdobył niezwykle cenne skrzypce. Należały one do faszysty. Adrian odziedziczył po ojcu nie tylko skrzypce, ale i intelekt. To on zaprowadził mężczyznę na drogę kariery uniwersyteckiej.
ZŁO. Oto temat dociekań Adriana. I to zło w wielu odsłonach. I na tle wielu epok. Pojawiają się w związku z tym nazwiska filozofów, określone zdarzenia z historii, a także odniesienia do różnych twórców. "Wśród wtopionych w tekst cytatów dociekliwy czytelnik odnajdzie zapewne odniesienia do włoskiej opery, do Szymborskiej, Dantego, Homera, Pascala, Rilkego, do Gabriela Garcii Marqueza oraz wielu autorów hiszpańskich i katalońskich" - pisze tłumaczka Anna Sawicka.
Od razu powiedzmy zresztą, że jak na bestseller trafia się nam dzieło wyjątkowe. By nie powiedzieć: dzieło wyróżniające się. Trochę waham używać słowa - wybitne - bo doniosłość "Wyznaję" polega w dużej mierze na niezwykłej zręczności, z jaką została spleciona całość fabularna. Absolutne opanowanie połączone z żonglowaniem stylami, narracjami (choć też znowu bez przesady - niekórzy postmoderniści robili to drastyczniej), nawiązaniami, aluzjami, cytatami, a także powiązaniami wewnątrztekstowymi sprawia, że książka jest doskonałym polem do sprawdzenia erudycji oraz uważności.
Książka jednak nie jest wyzwaniem moralnym (uwagi dotyczące zła - raczej dobrze już przerobione i niezbyt odkrywcze), nie jest też arcydziełem w sensie nowego czy świeżego modelowania literackiego. Sprawność, z jaką napisano "Wyznaję", przekłada się na sprawność, z jaką czyta się tę książkę. A czyta się dość gładko. Chcę jednak podkreślić jasno: to nie zarzut, to komplement. Powieści dobrze napisanych, z rozmachem - wcale nie jest tak dużo. Jeśli przyjemność obcowania z tym dziełem połączyć z wysiłkiem, jaki trzeba włożyć, by dobrnąć do końca - w końcu ponad 700 stron - oraz by rozpoznać nawiązania i nie pogubić się w całości - mamy już odpowiedź, dlaczego ta fabuła jest tak dobrze przyjmowana. Zarówno przez krytykę, jak i czytelników.
Ciekawe, czy czytelnicy dopiszą 16 maja, w czwartek, na spotkaniu z autorem w księgarni Matras (bardzo serdecznie dziękuję za egzemplarz książki!) w Krakowie przy Rynku Głównym 23 o godz. 17. W każdym razie witryna sklepowa kusi. :)
Przy okazji: Cabré będzie jednym z dwóch gości, których będzie można spotkać w najbliższym czasie w Matrasie. W piątek, 17 maja, o godz. 13.30 z czytelnikami spotka się Bernard Minier, autor "Kręgu" oraz "Bielszego odcienia śmierci". A już niebawem na blogu konkurs związany z tym pisarzem.
niedziela, 20 marca 2011
2. Zblazowanie
Tym razem, nieco archiwalnie, sięgam po biografię Françoisa Rosseta i Dominique Triaire o Janie Potockim (W.A.B., 2007). Rzecz to, w istocie, nie najnowsza, ale godna polecenia i lektury. Na kilka godzin.

Książka posłużyła mi do portreciku zamieszczonego w "Magazynie" "Dziennika Polskiego". Artykuł w całości opublikowany został 11 marca br. Teraz fragment:
2. Zblazowanie
O ile wiadomo, jak zwalczyć nudę (np. książkami), o tyle o wiele trudniej okazuje się zwalczyć swoje pochodzenie. Młody hrabia uczestniczyć musi w różnych posiedzeniach, przyjęciach, zabawach, swawolach. Ma przy okazji możliwość posłuchania plotek. Jak na przykład tej o niestrawności, "której ofiarą padł ambasador sułtana, ocalony in extremis przez osobistego lekarza Józefa II, ku wiecznej chwale medycyny europejskiej, głoszonej później w Maroku".
Nuda?
Owszem, nadal nuda. Aczkolwiek dla młodego marzyciela takie - czasem rzucone półsłówkami historyjki - stają się podnietą do działania. Wynika z tego: a to podróż na Wschód, a to do Turcji, a to do Egiptu, Holandii, Hiszpanii...
No i Maroka, by sprawdzić, jak tam rzeczywiście jest.
Zresztą w tym czasie, jako dwudziestokilkuletni hrabia, Potocki zdaje sobie sprawę, że od biesiad woli przygodę.
Wystawne życie? Raczej nie.
Etykieta? Drażni.
Biografowie Potockiego piszą piórem zdecydowanym: "Niech sobie Wiedeń będzie uwodzicielskim, zabawowym miastem, ale wezwania świata - tego prawdziwego, a nie wytwornego - są o wiele silniejsze".
Zaczyna się więc podróżnictwo w życiu Potockiego. Obfite, bo zamożny paniczyk może sobie na to pozwolić. Podróż jako doświadczenie świata ma być szansą na uwolnienie się z arystokratycznego gorsetu.




