![]() |
"Tłumacz przewozi na drugi brzeg" (Karl Dedecius) (c) sylvain.collet via Foter.com / CC BY-NC-SA |
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kochanowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kochanowski. Pokaż wszystkie posty
sobota, 27 lutego 2016
6 x Dedecius
Karl Dedecius, wielki przyjaciel Polski, odszedł w wieku 94 lat.
Owiany legendą. Przełożył w końcu utwory ponad 300 poetów i prozaików, edytował ogromną 50-tomową serię "Biblioteki Polskiej" i siedmiotomową encyklopedię. W roku 1980 założył w Darmstadt Niemiecki Instytut Kultury Polskiej.
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Podsumowanie roku 2013: styczeń - czerwiec
Premiera "Kronosa" Gombrowicza, kontrowersyjna Michalak, obyczajowy Eugenides? A może poezja z 3. Festiwalu Miłosza czy mniej znane oblicze Wisławy Szymborskiej? Co ważnego wydarzyło się w świecie książkowym od stycznia do czerwca 2013 roku?
Początek roku przyniósł jeszcze lekturę z końcówki 2012. Były to listy Ginsberga i Kerouaka opublikowane przez oficynę Czarne.W lutym natomiast Adam Zagajewski opowiadał o swoim literackim Krakowie i o roli poezji.
Już wtedy czuć było, że druga połowa roku upłynie pod znakiem sukcesów
dla dawnej stolicy Polski. Przynajmniej jeśli o niwę literacką chodzi.
W marcu zaglądaliśmy do Chin, patrzyliśmy na zwierzęta oczami Colette. Rozmawiałem także ze Sławomirem Shutym, który opowiadał o swoim filmie "Trip". Zaczęliśmy też czytać czasopisma, krytycznie przyglądając się zawartości np. "Zeszytów Literackich". No i nie mogło zabraknąć Virginii Woolf. W kilku odsłonach.

W marcu zaglądaliśmy do Chin, patrzyliśmy na zwierzęta oczami Colette. Rozmawiałem także ze Sławomirem Shutym, który opowiadał o swoim filmie "Trip". Zaczęliśmy też czytać czasopisma, krytycznie przyglądając się zawartości np. "Zeszytów Literackich". No i nie mogło zabraknąć Virginii Woolf. W kilku odsłonach.
Autor:
Wyliczanka.eu
o
21:00
1 komentarz:


Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Brodski,
Cataluccio,
Colette,
Culler,
Eugenides,
Ginsberg,
Gombrowicz,
Janion,
Kochanowski,
Markiewicz,
Mendoza,
Michalak,
Muller,
Muszyński,
Shuty,
Suchanow,
Szymborska,
Twardoch
niedziela, 23 czerwca 2013
Weekend w antykwariacie: Fraszki Kochanowskiego || trzy księgi
Fraszka to tyle, co rzecz i sprawa małej wagi. Albo osoba bez znaczenia, niepoważna. Jakiś językowy drobiazg, kawał.
Tylko kto używa dziś słowa fraszka jednak? Chyba tylko ci, którzy pamiętają, co pisał Jan Kochanowski.
A więc drobiazg, błahostka. Ot, fraszka. Tyle że takie, by tak rzec, duperelki są też często rzeczami najcenniejszymi. Pomyślcie o swoich pamiątkach: zdjęciu ukochanej osoby w portfelu; słoniku, który przynosi szczęście; czerwonej nitce, która ma chronić przed pechem. I tak dalej. Fraszki tym były więc dla Jana Kochanowskiego. Drogocennymi drobiazgami.
O czym więc są fraszki? O wszystkim. W myśl renesansowej zasady zainteresowania każdą sferą życia. Mogą to być postaci. Ważne. Ale i pozornie nieważne. Ludzie zresztą - zgodnie z inną formułą odrodzenia zapożyczoną od Szekspira ("człowiek - Boże igrzysko") - występowali w rodzaju teatrum. Znaczy, że odgrywali różne role. Wcielali się w postaci. Byli marionetkami. Kimś nieprawdziwym. Dziś, w czasach gdy autentyczność jest wartością, oburzalibyśmy się na taki punkt widzenia. Ale wtedy takie myślenie dawało dużo dystansu. Pozwalało nie przywiązywać się tak bardzo do dóbr doczesnych i umożliwiało zdrowy śmiech.
O właśnie! Śmiech. Dzięki niemu lepiej znoszono małości ludzkie. Niegodziwości. Potknięcia. Niedoskonałości. Niecnotę. I inne rzeczy mało sympatyczne.
Fraszki, te niepozorne utworki, były okazją do popisów poetyckich. Czasem wychodziły z tego naprawdę cacuszka. Jak na przykład fraszka "Raki" - tak zwany "versus cancrini". Spróbujcie go przeczytać dwa razy. Za drugim razem - czytając każdy wers od końca - otrzymacie bardzo ciekawy przekaz. ;-)
***
Trwa konkurs, w którym do wygrania książki Romy Ligockiej.
Tylko kto używa dziś słowa fraszka jednak? Chyba tylko ci, którzy pamiętają, co pisał Jan Kochanowski.
A więc drobiazg, błahostka. Ot, fraszka. Tyle że takie, by tak rzec, duperelki są też często rzeczami najcenniejszymi. Pomyślcie o swoich pamiątkach: zdjęciu ukochanej osoby w portfelu; słoniku, który przynosi szczęście; czerwonej nitce, która ma chronić przed pechem. I tak dalej. Fraszki tym były więc dla Jana Kochanowskiego. Drogocennymi drobiazgami.
Fraszki to wszytko, cokolwiek myślemy,
Fraszki to wszytko, cokolwiek czyniemy;
Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy,
Próżno tu człowiek ma co mieć na pieczy.
Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława,
Wszystko to minie jako polna trawa;
Naśmiawszy się nam i naszym porządkom,
Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.
O czym więc są fraszki? O wszystkim. W myśl renesansowej zasady zainteresowania każdą sferą życia. Mogą to być postaci. Ważne. Ale i pozornie nieważne. Ludzie zresztą - zgodnie z inną formułą odrodzenia zapożyczoną od Szekspira ("człowiek - Boże igrzysko") - występowali w rodzaju teatrum. Znaczy, że odgrywali różne role. Wcielali się w postaci. Byli marionetkami. Kimś nieprawdziwym. Dziś, w czasach gdy autentyczność jest wartością, oburzalibyśmy się na taki punkt widzenia. Ale wtedy takie myślenie dawało dużo dystansu. Pozwalało nie przywiązywać się tak bardzo do dóbr doczesnych i umożliwiało zdrowy śmiech.
Teraz by ze mną zygrywać się chciała,
Kiedyś, niebogo, sobie podstarzała.
Daj pokój, prze Bóg! Sama baczysz snadnie,
Że nic po cierniu, kiedy róża spadnie.
O właśnie! Śmiech. Dzięki niemu lepiej znoszono małości ludzkie. Niegodziwości. Potknięcia. Niedoskonałości. Niecnotę. I inne rzeczy mało sympatyczne.
Ziemię pomierzył i głębokie morze,
Wie, jako wstają i zachodzą zorze;
Wiatrom rozumie, praktykuje komu,
A sam nie widzi, że ma kurwę w domu.
Fraszki, te niepozorne utworki, były okazją do popisów poetyckich. Czasem wychodziły z tego naprawdę cacuszka. Jak na przykład fraszka "Raki" - tak zwany "versus cancrini". Spróbujcie go przeczytać dwa razy. Za drugim razem - czytając każdy wers od końca - otrzymacie bardzo ciekawy przekaz. ;-)
Folgujmy paniom nie sobie, ma rada;
Miłujmy wiernie nie jest w nich przysada.
Godności trzeba nie za nic tu cnota,
Miłości pragną nie pragną tu złota.
Miłują z serca nie patrzają zdrady,
Pilnują prawdy nie kłamają rady.
Wiarę uprzejmą nie dar sobie ważą,
W miarę nie nazbyt ciągnąć rzemień każą.
Wiecznie wam służę nie służę na chwilę,
Bezpiecznie wierzcie nierad ja omylę.
***
Trwa konkurs, w którym do wygrania książki Romy Ligockiej.
sobota, 22 czerwca 2013
Weekend w antykwariacie: Jan Kochanowski || urodzony w roku 1530
Biblioteka Narodowa zorganizowała imieniny Jana - wielką imprezę literacką. Pomysł świetny. Podobnie jak i patron. Jan Kochanowski.
J.K. to gwiazda na niebie literatury polskiej. Gwiazda renesansowa, oczywiście.
Urodzony w roku 1530 prowadził żywot bardzo podobny do współczesnego pokolenia zamożnych 20-latków. Europejczyk, wędrujący po różnych krajach (wtedy stypendia określano mianem mecenatu), służył na najwybitniejszych dworach, co można - baaaardzo metaforyzując - potraktować jako współczesne komponowanie zawodowego c.v. Jak to się dzisiaj mówi: zdobywał doświadczenie i kontakty.
Ówczesnym językiem angielskim, czyli takim, w którym robiło się międzynarodową karierę, była łacina. W tym też języku Kochanowski zaczął pisać. W tamtej epoce wygrywał ten, który opanowywał reguły określonych gatunków i umiał korzystać z erudycji. Pierwsze teksty Kochanowskiego to ody albo pieśni. Coś w rodzaju współczesnych wierszy. Choć oczywiście - w odróżnieniu od dzisiejszych rozbuchanych fraz - skonstruowane z przejrzystą i matematyczną precyzją.
Kochanowski pisał o wszystkim, a wiele tematów, które poruszał nader swobodnie - włącznie z lekkim prowadzeniem się czy innymi drastycznościami ludzkiej natury - w późniejszych, bardziej "zachowawczych" epokach, często szokowało. Poeta był jednak doskonale obyty z życiem. Nie obce były mu zarówno piękno czy cnoty, jak i brzydota oraz występek. W tamtych czasach prawdziwie oświecone umysły nie uciekały od konfrontacji z życiem, kierując się regułą "człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce".
Autor "Fraszek" zetknął się zresztą ze światem w różnych przejawach. Nie stronił od różnorodności na wielu planach. Także tym religijnym, choć wobec teologii zawsze zachowywał dystans. Chłodny renesansowy dystans. Równocześnie jednak Jan Kochanowski podpisywał się w korespondencji jako "cichy ksiądz w kapitule", czyli proboszcz poznański. Dzięki takiemu tytułowi Kochanowski mógł zabiegać o uzyskanie bogatego opactwa i ofiarować swoje parafrazy psalmiczne monarsze. Zachowując oczywiście niezależność. Jak przystało na prawdziwego twórce.
Ot, pieniądze. Pod tym względem od czasów Kochanowskiego niewiele się zmieniło.
***
Trwa KONKURS, w którym do wygrania książki Romy Ligockiej.
J.K. to gwiazda na niebie literatury polskiej. Gwiazda renesansowa, oczywiście.
Urodzony w roku 1530 prowadził żywot bardzo podobny do współczesnego pokolenia zamożnych 20-latków. Europejczyk, wędrujący po różnych krajach (wtedy stypendia określano mianem mecenatu), służył na najwybitniejszych dworach, co można - baaaardzo metaforyzując - potraktować jako współczesne komponowanie zawodowego c.v. Jak to się dzisiaj mówi: zdobywał doświadczenie i kontakty.
Ówczesnym językiem angielskim, czyli takim, w którym robiło się międzynarodową karierę, była łacina. W tym też języku Kochanowski zaczął pisać. W tamtej epoce wygrywał ten, który opanowywał reguły określonych gatunków i umiał korzystać z erudycji. Pierwsze teksty Kochanowskiego to ody albo pieśni. Coś w rodzaju współczesnych wierszy. Choć oczywiście - w odróżnieniu od dzisiejszych rozbuchanych fraz - skonstruowane z przejrzystą i matematyczną precyzją.
Kochanowski pisał o wszystkim, a wiele tematów, które poruszał nader swobodnie - włącznie z lekkim prowadzeniem się czy innymi drastycznościami ludzkiej natury - w późniejszych, bardziej "zachowawczych" epokach, często szokowało. Poeta był jednak doskonale obyty z życiem. Nie obce były mu zarówno piękno czy cnoty, jak i brzydota oraz występek. W tamtych czasach prawdziwie oświecone umysły nie uciekały od konfrontacji z życiem, kierując się regułą "człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce".
Autor "Fraszek" zetknął się zresztą ze światem w różnych przejawach. Nie stronił od różnorodności na wielu planach. Także tym religijnym, choć wobec teologii zawsze zachowywał dystans. Chłodny renesansowy dystans. Równocześnie jednak Jan Kochanowski podpisywał się w korespondencji jako "cichy ksiądz w kapitule", czyli proboszcz poznański. Dzięki takiemu tytułowi Kochanowski mógł zabiegać o uzyskanie bogatego opactwa i ofiarować swoje parafrazy psalmiczne monarsze. Zachowując oczywiście niezależność. Jak przystało na prawdziwego twórce.
Ale żebym, wygnawszy niedostatek z domu,
Tym głośniej śpiewał, a nie podlegał nikomu.
Ot, pieniądze. Pod tym względem od czasów Kochanowskiego niewiele się zmieniło.
***
Trwa KONKURS, w którym do wygrania książki Romy Ligockiej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)