Różnimy się z Pauliną Wilk w wielu miejscach. Ale mimo tego uderzyła ona w ton, który sprawia, że chciałbym znów być dzieckiem.
Tak, to były czasy. Aluminiowe złotówki (ileż ja ich miałem odłożonych!). Skakanie w gumę (tak, skakało się, nawet gwiazdę umiało się zrobić). Pieczołowite zbieranie pustych puszek (marzeniem był Heineken). O wołaniu na wieczorynkę ("Miś Uszatek"), zapisywaniu kolejnych pozycji Listy Przebojów Programu Trzeciego Marka Niedźwieckiego (mam nawet jeszcze gdzieś te zeszyty) i wędrującym obrazie Matki Boskiej (wywalczyłem u siebie w pokoju ołtarz i byłem z tego niezmiernie dumny) nie wspominając.
Tak, to były czasy, gdy nie wchodziło się na Fejsa, żeby pogadać z bliską osobą, ale pukało do sąsiada i pytało "Dzień dobry, czy jest Artur?". Potem przyjaciela zabrano, wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie od lat przebywał jego tato, który właśnie ściągnął całą rodzinę. "To nic" - się powtarzało - "to nic". Takie jest życie, a przynajmniej taką lekcję, pierwszą gorzką, odbierało się jako 11-letni chłopak. I doprawdy nie miało znaczenia wtedy, że nadchodzą potężne zmiany polityczne, które pociągną za sobą inne zmiany. Cieszyło się, że ze starszym bratem - idolem dzieciństwa - mogło się stanąć pod szkołą, gdzie odbywały się wolne wybory, i rozdawać pamiętne ulotki Solidarności z kowbojem.